23 grudnia 2013

Siódme, nie ostatnie

Po tylu latach trudno jest napisać życzenia, które nie byłyby oklepane, rażące powtarzalnością czy zwyczajnie tandetne. Dlatego wybieram te:

Niech radość, którą obdarzycie bliskich w te święta, wróci do Was po wielokroć. 

Oklepane, rażące powtarzalnością, zwyczajnie tandetne. Ale mają dużą szansę się ziścić :)

22 grudnia 2013

Nowo narodzona

To były trudne urodziny. 

Być może dlatego, że rozpoczęły się dzień wcześniej :D Wyjazd do Berlina upłynął pod hasłem stu lat dla mnie i dla Strzelca. Zacna, dziewięcioosobowa ekipa piła nasze zdrowie już od 11 rano, począwszy od grzańca, kontynuując grzańcami i kończąc... wódką ;P W ciągu jednego dnia przelecieliśmy kawał centrum, trzy jarmarki i dwie galerie handlowe :D Berlin zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, nawet mimo szaroburej pogody. Bo nie lało! I nie było zimno, więc uważam, że w załatwianiu pogody w tym roku dotarłam do stopnia mistrza ;). Poza tym, pomijając język i dochód na łebka ;), czułam się tam jak w domu. Podobały mi się zabytki w zestawieniu z mnóstwem nowoczesności i subtelnym pokazem zamożności, wszystko ładne i gustowne, bez nadmiernego przepychu, tak w sam raz. Uderzyła mnie spora ilość symboliki: resztki muru; pomniki upamiętniające kruchość ludzkiego losu; chyba jedyna lubiana pozostałość po NRD, tj. specyficzny ludzik Ampelmännchen na sygnalizacji przejścia dla pieszych; białe krzyże na cześć ludzi, którzy stracili życie, próbując sforsować mur; Brama Brandenburska, która, choć zbudowana wieki wcześniej, to jednak jednoznacznie kojarząca się z podziałem miasta.Wszystko razem dało mi poczucie, że to miejsce pełne pokory z powodu trudnej historii, i szacunku dla tych, których ta historia skrzywdziła.
A jarmarki - jak zawsze cudowne. Kiełbacha, szaszłyki, pierniki, pączki, pieczone kasztany, nawet własnej roboty chipsy! I wino, Glühwein! Którym raczyliśmy się nieustannie, dopóki każdy w swoim czasie nie uznał, że mało co kontaktuje :D Pod koniec wycieczki okazało się jednak, że nie tylko nasza grupa intensywnie świętowała. Jakoś się wyczołgaliśmy na naszym przystanku, a wraz z nami trzy trochę starsze panie, które dopiero w trakcie oddalania się pojazdu skonstatowały, że ich towarzyszka Bożena... w nim została :D Co ciekawe, Bożena patrzyła sobie na nas spokojnie przez okno, podczas gdy one stały i z bezbrzeżnym zdumieniem pytały: "No ale gdzie ona jest? Ale czemu ona nie wysiadła??" :D Cóż, może też miała urodziny i postanowiła je przedłużyć ;)


Właściwy dzień mych urodzin nie zaczął się jednak od kaca. Przeciwnie, czułam się jak nowo narodzona, dlatego wieczorem... znów poszłam pić :D Tym razem świętując pojawienie się na świecie również moich dwóch Strzelców. Urodziwi jak zawsze, postanowiliśmy zrobić sobie piękne zdjęcia z rzeźbami lodowymi i choinką oraz poznańskim jarmarkiem, najpierw jednak musieliśmy oczywiście dać się napoić i nakarmić Brovarii. Gdy w końcu wyszliśmy i JayZ ustawił aparat, całe oświetlenie rzeźb zaczęło... znikać :D Lataliśmy więc jak kot z pęcherzem w rozpaczliwym staraniu dopadnięcia choćby jednej rozjaśnionej rzeźby, aż pan, który wyłączał żaróweczki, ulitował się nad nami i dał nam jeszcze chwilę dla uwiecznienia :D Przenieśliśmy się potem pod choinkę, która w tym roku w Poznaniu nie jest żywym drzewkiem, tylko instalacją z zielonych plastikowych butelek. I oczywiście tu też musieliśmy się ostro sprężać, bo pan znów przylazł, żeby wyłączyć światło! Doprawdy czasem oszczędność mojego miasta mnie irytuje ;P


I tym sposobem mam 29 lat. Dziwne, bo czuję się ciągle 22-latką ;)

15 grudnia 2013

Ostatnie

Ostatnie.

Ostatnie 365 dni bycia czarującą dwudziestką czas zacząć. Jednego chyba tylko żałuję - że żaden poprzedni rok nie wyglądał tak dobrze, jak ten, który właśnie minął. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. 

Wszak przede mną najlepsze lata życia :D

9 grudnia 2013

Filozofia życia

Mam ostatnio ogrom niechęci do pracy. Nie że w ogóle, tylko do tej konkretnej. Moja wrodzona nienawiść do robienia rzeczy niepotrzebnych, bezcelowych i głupich oraz traktowania mnie w sposób daleki od kultury sprawia, iż aktualna sytuacja wyczerpuje mnie psychicznie tak bardzo, że aż przestałam myśleć o seksie! Niebywałe. W czwartek byłam już na tyle wykończona, że i gotowa porzucić to bagno w trybie natychmiastowym, jednocześnie jednak mając na uwadze brak alternatywy, w związku z czym poważnie się zdołowałam, ale też i wreszcie poczułam, że naprawdę nie chcę teraz nikogo i że najważniejsze jest znaleźć zajęcie, które będę kochać, a dopiero potem mogę pomyśleć nad resztą spraw. Czyli że facetom mówimy won i noł noł noł.

Oczywiście, jak to bywa w takich przypadkach, przypałętał się facet :D Nie, nic z tego nie będzie, nie martwcie się ;) Chodzi mi tylko o zobrazowanie ironii losu. Człowiek postanawia, że ma gdzieś calutką płeć męską, że naprawdę nic go nie obchodzą uczucia, że nie chce mu się nikim przejmować, że ma ważniejsze problemy na głowie. A wygląda to tak, jakby nagle owo wyjebanie emocjonalne podnosiło atrakcyjność w cudzych oczach o sto procent. Mało tego! facet pojawił się i dał oczarować na przypadkowym spotkaniu, na które szłam nieuczesana, prawdopodobnie rozmazana deszczem, wkurwiona pmsem i pracą, i na którym beztrosko wygadywałam chyba jakieś bzdury, jak to po piwie. A on był trzeźwy! No powiedzcie mi, gdzie jest sens, gdzie logika?

Jak żyć?? :D

A propos życia - wypiłyśmy dziś z Lessy po grzańcu z jarmarku, po czym, zmarznięte nieco, poszłyśmy do... fary :D Ciepło było, to usiadłyśmy i szeptem podjęłyśmy tematy filozoficzno-transcendentne, moralne oraz o tematyce wiecznej w ujęciu ziemskim. W półgodzinnej debacie doszłyśmy do wniosku, że nasz byt jest jałowy i trzeba go jakoś wzbogacić duchowo.
Ktoś ma pomysł na odpowiedni wolontariat dla nas? Bo odpadają bezdomni, dom dziecka, schronisko dla zwierząt... ;)

29 listopada 2013

A jak artystyczna Czerwona anomalia

Dokonałam dziś niesamowitego odkrycia. 
Przeglądając pewien portal, natknęłam się na słowo "synergia". Nie pamiętałam znaczenia, dlatego wpisałam sobie w Google, gdzie oprócz powyższego otrzymałam również propozycje innych wyrazów - w tym  "synestezji". Coś mnie tknęło i postanowiłam i to sprawdzić, mętnie kojarząc jedynie ze środkami stylistycznymi poznanymi na języku polskim. Jakież było moje zdumienie, gdy zagłębiłam się w temat...

Synestezja to, w skrócie ujmując, stan lub zdolność (niektórzy utrzymują, że rodzaj choroby psychicznej ;D), w której doświadczenia jednego zmysłu wywołują także odczucia charakterystyczne dla innych zmysłów. Wyróżnić można kilka jej rodzajów, np. typu fonem-kolor - wówczas słyszane dźwięki przekładają się na barwy; typu fonem-smak, gdy fonia uruchamia wrażenia smakowe; typu grafem-smak, kiedy percepcja wzrokowa rzutuje na smak; czy typu grafem-kolor - powodującą widzenie liter, cyfr, a nawet całych słów w konkretnym kolorze. Są i ludzie, którzy widzą nawet kształty zapachu!

Podobno w pierwszych miesiącach życia wszyscy są synestetami. Zdolność ta pozwala nam przystosować się do nowego, bardziej skomplikowanego świata. Po pewnym czasie powinna jednak zaniknąć... ale nie zawsze się tak dzieje.

I w ten oto przypadkowy sposób dowiedziałam się, że... u mnie też się nie zadziało. Czyli że jestem synestetą typu grafem-kolor. 
SZOK! Przez calutkie życie byłam absolutnie PEWNA, że to całkowicie NATURALNE, normalne i powszechne! Tymczasem statystyki dowodzą, że synestezja występuje zaledwie u jednej na dwadzieścia tysięcy osób! Nie do końca znamy jej podłoże, pewna teoria mówi o dodatkowym połączeniu w mózgu, umożliwiającym współpracę normalnie się ze sobą nie stykających obszarów; inna temu przeczy, głosząc, iż pomieszanie zmysłów wynika z zachwiania równowagi między hamowaniem i wyciszaniem impulsów docierających do mózgu. Jak by jednak tego nie tłumaczyć - jest to zjawisko niezwykłe, chociaż gdy się tego nie wie, wydaje się całkowicie zwyczajne ;) 

Wyobrażając sobie litery alfabetu, każdą z nich widzę zawsze w konkretnym kolorze, bowiem raz przypisane przez mózg kolory pozostają takie same na całe życie. Podobnie jest z cyframi, a słowa, które zaczynają się na konkretną literę, zwykle również przejmują jej kolor, aczkolwiek czasem środkowe literki mieszają całość, wtedy trudniej mi określić, jaki co ma dokładnie kolor, chociaż go widzę. Nie kończy się też na podstawowej palecie barw, odcieni płodzę mnóstwo. Moje imię jest srebrne, choć to wyjątek, gdyż litera "A" jawi mi się jako... hm, no czerwona! Rany, może wszystko w życiu, nawet mój nick, ma swoje, poza prozaicznym, także i bardziej specyficzne, psychologiczne wyjaśnienie? :D

Podobno przypadłość ta może być dziedziczna. Moi rodzice jednak, gdy spytałam, czy widzą kolory liter, przyłożyli mi rękę do czoła, sprawdzając stopień zaawansowania gorączki, wnioskuję zatem, iż prędzej mam to po dziadkach ;)

Aha! Ludzi dotkniętych synestezją często charakteryzuje talent artystyczny. 
Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości? ;)

25 listopada 2013

Blisko

Widziałam na dworcu reanimację. Mężczyzna ledwo dziesięć lat starszy ode mnie, leżał bezwładnie, gdy ratownik przeprowadzał masaż serca. Wokół pełno strzykawek, apteczka, leki. Nawet gapiów nie było zbyt wielu, pierzchli chyba, być może przestraszeni w równym stopniu co ja. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tak bezpośrednim zagrożeniem śmiercią. Zawsze docierały tylko wieści, coś się wydarzyło, aha, odwiedzimy, zaraz będziemy, pochowamy. Ale nigdy nie - "uratujemy". 

Czy potrafiłabym coś zrobić w takiej sytuacji? Czy przypomniałoby mi się cokolwiek z tego, czego uczyli na lekcjach pierwszej pomocy? Czy byłabym w stanie ruszyć swoje ciało, przemóc się, podjąć decyzję? Czy nie dotknąłby mnie paraliż, jak bym w ogóle zareagowała? Czy nie zwymiotowałabym, nie uciekła w panice lub zemdlała z nadmiaru adrenaliny? 

Boję się. Parę chwil wcześniej na tym dworcu i być może stanęłabym oko w oko z czyjąś tragedią. Boję się. Dotyku, obcego, ludzi... Boję się. A gdybym pomagała nieudolnie i by się nie udało, podczas gdy obok stałby ktoś, kto mógłby to zrobić lepiej?

Ale najbardziej się boję, że z tego strachu nie zrobiłabym nic. I już nigdy nie mogła na siebie patrzeć. 

Ten człowiek umarł.

17 listopada 2013

Przyjemność odkrywania

Ten, kto wymyślił nauszniki, powinien dostać medal. Że ja je dopiero teraz odkryłam... Tyle lat zmagań z zimnem i czapkami zjeżdżającymi z uszu, w których na dodatek zawsze wyglądam jak pajac - a wystarczyło raz przymierzyć, żebym się zakochała na amen. Urocze to, puszyste jak króliczy ogon, mięciutkie, milutkie, i rozkosznie grzejące... I o dziwo leży na mojej niechętnej wszelkim nakryciom głowie całkiem zacnie. Od razu perspektywa zimy stała się przyjemniejsza ;)

Ostatnio w ogóle mam czas objawień. Moja skóra obraziła się na mnie albo za pobyt na Rodos, albo za powrót z Rodos - w każdym razie postanowiła odejść w siną dal. Gdyby to chociaż zrobiła raz a dobrze, to jeszcze byłoby pół biedy, ale nie, ona musiała popękać i złazić drobniutkimi kawałeczkami, jakbym zapadła na jakąś ekstraordynaryjną wersję łupieżu. W apogeum smarowałam się balsamem kilka razy dziennie, co pomagało tyle, ile umarłemu kadzidło, miałam wrażenie, że zaraz się złuszczę na amen i już nawet nie będzie można o mnie powiedzieć "sama skóra i kości", bo nawet skóra mi nie zostanie. I wtedy dowiedziałam się o najcudowniejszym na świecie olejku pod prysznic marki własnej Rossmann. Dziwną ma to-to konsystencję, pieni się słabo, zapach raczej mniej niż średni - ale to, co robi z ciałem...!!! No bajka. Tak nawilżoną, miękką i miłą w dotyku skórę ostatni raz miałam chyba w życiu płodowym. Po tygodniu używania zapomniałam w ogóle o czymś takim jak łuszczenie się, balsam równie dobrze mogłabym wyrzucić, a niespecjalny zapach na szczęście nie utrzymuje się długo. Może na romantyczne tête-à-tête pod prysznicem ów produkt niekoniecznie się nadaje, lecz zważywszy, że chwilowo jakąkolwiek schadzkę mogę sobie zorganizować co najwyżej z wibratorem, jest to chyba kwestia do przełknięcia :) Tzn. kwestia zapachu ;P

Zostając przy sprawach fizycznych - wyobraźcie sobie, że ja, czołowa głosicielka nienawiści do siłowni i takich tam przybytków bakterii, kurzu i smrodu - byłam na spinningu! I to już dwa razy! Za pierwszym dałam radę, na szczęście jest tam czysto i cuchnie tylko w szatni, ale nie podobało mi się zupełnie, ponieważ miałam wrażenie, że zaraz urwie mi dupę wraz ze sromem. Czułam się prawie tak, jak pewnie jest po dobrym seksie - piszę "pewnie", bo naprawdę przestaję pamiętać ;P 
Na drugi trening szłam zatem wyjątkowo niechętnie, w dodatku po upierdliwym i męczącym dniu. A tu niespodzianka - dupa nagle przestała boleć, jakby przywykła do kształtu siodełka, muza i trenerka zagnała do jazdy, PMS dołożył swoje i wpadłam w taki amok, że jechałam wściekle z tym koksem, śpiewając zawzięcie i kręcąc tyłkiem, co razem skutkowało tym, że po zejściu z rowerka nogi mi zwyczajnie zwiędły i przez tydzień nie mogłam kucać :D Ale na pewno pójdę znów. Tylko z mocnym postanowieniem mniejszego szaleństwa.

Odkrycia dokonałam również w kwestii myśli technicznej. Od zawsze mam tak, że jak mi się jakaś piosenka wkręci, to potrafię ją zapętlać aż do wyrzygania. Na youtube do tej pory musiałam - jak to się obrazowo mówi - gwałcić ikonkę "powtórz". Ale teraz już nie! Albowiem dowiedziałam się, że w razie fazy maniakalnej wystarczy w adresie wybranej piosenki między "youtube" a ".com" wpisać "repeat" i problem gwałtu znika :D Genius!

A propos geniuszu muzycznego - w czwartek byłam ze Strzelcami na koncercie Wax Tailor. Uwielbieniem do niego zaraził mnie dawno temu Zagadkowy, płytę "Hope and Sorrow" przewałkowałam na wszystkie strony; nie mogło mnie tam zabraknąć. Było kameralnie, zupełnie inaczej niż w dużych klubach; stałam pod samą sceną i chłonęłam. Chyba dawno nic mnie tak pozytywnie nie nastroiło, chwilami po prostu zamykałam oczy i czułam kojące działanie muzyki, by za chwilę przy charakterystycznym dla Wax zwrocie w dźwiękach prawie skakać i wydzierać się, po czym przystawać w zdumieniu nad tym, jak cudownie można posklejać i ponakładać pozornie niepasujące do siebie kawałki piosenek, cytatów filmowych i pojedynczych nut. Przesympatyczny, energetyczny i cudowny dla ucha koncert. Posłuchajcie sobie TU, TU, TU i TU. Przyjemność. Warto.

11 listopada 2013

Music maniac

Mimo jawnej i cotygodniowej niechęci do niedzieli, jak również spadku nastroju wszystkich trzech Strzelców, spowodowanego brakiem siana, chwilowego choćby partnera oraz żarcia, staraliśmy się przywrócić sobie nawzajem równowagę, czekając przy barze na - darmowy oczywiście - koncert.

Nie spodziewaliśmy się wprawdzie niczego znamienitego, lecz tym razem siła przekazu artystycznego okazała się zbyt rażąca. Psychodela, jaką nas poczęstowano, spowodowała nagły a gwałtowny wypad z klubu, i to w takim pośpiechu, że ubieraliśmy się już na dworze, przypatrując ze zgrozą licznemu audytorium, które zostało w środku i niczym w transie udawało, jak bardzo jest tymi dziwacznymi, prującymi mózg pseudodźwiękami zachwycone. Przepraszam, ale nie mogę uwierzyć, że komukolwiek mogło się to podobać. Choć, jak wiadomo, gusta bywają różne.

Tak czy owak w nasze wrażliwe struny uderzyło dosadnie, postanowiliśmy więc odstresować się spacerem. Po przejściu połowy centrum mojego pięknego miasta dotarliśmy na ulicę Ratajczaka, gdzie doznaliśmy znów słuchowego paraliżu - tym razem jednak z zachwytu. Ktoś z kamienicy podkręcił na full TO, nam zaś aż zadrgało w trzewiach, a serce rozorała potężna potrzeba wtargnięcia do mieszkania autora tych drgań, z flaszką i bezceremonialnym "cześć, napijmy się, nie przeszkadzaj sobie". Gdyby nie to, że brama była zamknięta kratą, a my całkowicie trzeźwi, niechybnie znaleźlibyśmy się zaraz w hałasie poddasza. Zamiast tego staliśmy urzeczeni po drugiej stronie ulicy, oparci o jakąś witrynę, i słuchaliśmy jak nabożeństwa, ze skowytem duszy, która gnała nas ku poznaniu kogoś czującego dźwięki tak jak my, ku zrobieniu czegoś szalonego, ku przygodzie. Dziwne, tak prosta i niemal oczywista rzecz - chłonięcie głośnej dobrej muzyki - a podziałała niczym zaklęcie unoszące nas w opary magii.

Są chwile, kiedy chce się żyć. Pozornie bez znaczenia, pozornie bez głębszego sensu. Pozornie zupełnie zwyczajne. A wspaniałe.

1 listopada 2013

W kolorze ziemi

"Zjadasz garniec kiszonej kapusty, popijasz garncem zsiadłego mleka... i wnet depresja staje się najmniejszym z twoich zmartwień". 

Istnieją książki, które traktuje się jak najcenniejszy dar. Przyjaciela. Relikwię. Dla mnie takimi są wszystkie tomy sagi o Wiedźminie. Nie czytam ich na okrągło tylko dlatego, że chcę mieć przyjemność wracania do nich, nie kończąc każdego zdania z pamięci. Do tej pory zakładałam jednak, że dla Sapkowskiego jest to już etap zamknięty i trzeba się cieszyć tym, co jest, na wieki - nie mogę zatem powiedzieć, że czekałam na cokolwiek nowego z utęsknieniem. Jakież było moje zdumienie, gdy parę dni temu spadła na mnie bomba w postaci wiadomości, że nowa książka o Wiedźminie ukaże się dosłownie za chwilę! Zamówiłam najprędzej jak się dało i voila! Przedpremierowo - MAM! I czytam sobie, mimo łakomstwa dozując tę przyjemność drobnymi kęsami, by starczyło na jak najdłużej. 
Jakże ja tęskniłam za Jaskrem i jego subtelnymi (patrz pierwsze zdanie) mądrościami! :)

W międzyczasie wczoraj zrobiłam mojego pierwszego dyniowego stwora. Miałam go tworzyć z dzieciakami siostry, ale okazało się to na tyle trudne, że dzieci, znudzone, zajęły się sobą, a my pracowałyśmy w pocie czoła jak jacyś drwale lub rzeźnicy, wyrzynając koślawe otwory i grzebiąc się we flakach dyniowego plonu. Trud szczęśliwie się opłacił, bowiem spod naszych rąk wyszły takie oto cudeńka, w wersji premium wbogacone przez siostrzeńca kapuścianymi włosami :D

Potem zaś ruszyła zabawa w pląsające duchy, przy wtórze iście halloweenowych piosenek typu "Mydło wszystko umyje, nawet uszy i szyję" tudzież "Waka waka", oraz milusiego klekotania nakręcanej plastikowej szczęki :) 

Ktoś jeszcze nie wierzy, że istnieją...?!
A dziś... dziś spokój, zaduma, cisza. Jak zawsze w to święto - brakuje mi Dziadka. Chciałabym kiedyś w swojej własnej kwiaciarni robić dla niego piękne wiązanki. W podziękowaniu za wrażliwość na przyrodę i świat, którą we mnie wszczepił. Za zwracanie uwagi na pozornie błahe drobiazgi, które okazywały się naszymi małymi cudami. I za wiele innych rzeczy. 

29 października 2013

Narcyzy. Bo to śliczne kwiatki są :D

Jestem pieprzonym narcyzem :D Po raz pierwszy od około 2 lat spotkałam się z trochę dalszą rodziną. Wcześniej jakoś całkiem mimo woli zrobiłam się na bóstwo :D W sumie nic takiego, ledwo tam zwykła kiecka i dość niskie obcasy, ale całą resztę załatwił mi środek cyklu ;) Słowem - wzbudziłam powszechny zachwyt, czemu się nawet szczególnie nie dziwiłam, raczej akceptowałam wyrozumiale :D Cóż, trzeba korzystać, PMS nadciągnie już za tydzień, a wraz z nim ciemna deprecha i katastrofa na skórze ;)

A propos środka - jest źle. Jest kurwa bardzo, bardzo źle :D Jechałam wczoraj do miasta, mecz był, więc po drodze miliony policjantów... tak mi przywaliło, że miałam ochotę zatrzymać się na środku jezdni, wciągnąć do auta pierwszego z brzegu przedstawiciela władzy (oj tak, władzy...!) i potem zrobić z nim różne mało przyzwoite rzeczy. Hamowała mnie tylko świadomość, że w razie gdybym miała pecha i go uwiodła trwale, a potem rzuciła, to mogłabym mieć drobne kłopoty. Wiadomo, z policją lepiej nie zadzierać. No i powód drugi - nie mogę. Nie mogę i koniec. Narcystycznie przypuszczam, że przecież gdybym chciała, to znalazłabym jakiegokolwiek kandydata natychmiast, od ręki. Wystarczyłaby jedna wizyta na portalu randkowym ;) A nie mogę, no nie wyleczyłam się ciągle. Ja pierdolę, czemu to wszystko jest takie posrane :D Gdyby dało się użyczać niepotrzebną ochotę na seks innym, zarabiałabym miliony. To powinna być terapia przyszłości. Jest tyle niedopasowanych temperamentami par, które mogłabym obdarzyć chcicą, niech ją ode mnie zabiorą! Sądząc po moim szczęściu do facetów, to na wieczne nieoddanie, czyli czysty zysk dla wszystkich. Prócz terapeutów ;)

Przypomniała mi się teraz taka scenka z któregoś letniego weekendu. Byłam ze znajomymi nad jeziorem i wieczorem poszliśmy sobie na imprezę na plaży. Głęboka noc, wszyscy się bawią, na horyzoncie z nieba rąbią błyskawice, romantica w chuj, a jakaś parka idzie sobie daleko w wodę i siedzi tam w swoich dość sugestywnych objęciach około godziny... Wraz z Bosską życzyłyśmy im, żeby pękli, razem z gumką. Normalnie czyste chamstwo i grubiaństwo, a świat jest smutny i zły :D

Gdybym jeszcze była brzydka, stuknięta i koślawa. A może ja jestem zwyczajnie zbyt idealna i to odstrasza? :D Zwłaszcza że mam świadomość tego, iż jestem całkiem fajna ;) Dzisiaj na przykład mi się śniło, że koledzy filmowali fajne laski, i w tym śnie byłam okropnie oburzona, dlaczego wobec tego nie filmują mnie :D 

No bo trzeba się doceniać. Jak nie ja, to kto? 
Chociaż muszę przyznać, że moi rodzice stanęli na wysokości zdania. Gdy rodzina zapytała, na kiedy planuję wesele, tata jakby całkiem mimochodem pospieszył z wybawieniem, podsumowując niefrasobliwie, że faceci to tylko problemy i bez sensu :D Mój tata w ogóle jest najlepszy z tymi swoimi odpowiedziami. Kiedyś napisał mi rozbudowanego smsa pt. "Fotelik". Na moją uprzejmą odpowiedź "Co fotelik?" odparł: "Error, sorry" :D Kiedy się potem zobaczyliśmy, spytałam, skąd taki dobór słów (poza tym, że zna łacinę i podstawy angielskiego). Odrzekł, że przecież "Przepraszam, pomyłka" byłoby dłuższe :D Cóż - bezsprzecznie ;) 

Z kolei gdy wróciliśmy z gościny, moja mama z jakąś taką kipiącą satysfakcją powiedziała pod nosem "Mam ładne dzieci" :D 
Boże, mój narcyzm przenosi się nawet na rodziców. Chyba że jest odwrotnie ;) 

Nuta na dziś, idealnie odzwierciedlająca stan duszy (a zwłaszcza ciała) TU. Co by sobie nie komplikować już wystarczająco skomplikowanego życia skomplikowanym tekstem ;)

18 października 2013

Maratoński sprint vol. 4

W stolicy Rodos byliśmy kilkakrotnie. Najpierw na zwiedzanie, w trakcie którego w pewnym momencie się prawie zabiliśmy wzrokiem, bo ja ustalałam plan wycieczki, a oni byli krnąbrnymi turystami i na Starym Mieście, w którego wąskich i oblepionych kolorowymi straganami uliczkach troszkę się pogubiłam, usiłowali mi wmówić, że port jest z zupełnie innej strony niż był faktycznie ;P Ale ostatecznie okazałam się najbardziej upartym i zdeterminowanym stworem w grupie, i po zlokalizowaniu stron świata na bazie słońca doprowadziłam ich tam, gdzie chciałam, ha! :) Dzięki czemu dane nam było ujrzeć fantastyczną Ulicę Rycerską, prowadzącą do Pałacu Wielkich Mistrzów z Bramą Amboise, Meczet Sulejmana i Wieżę zegarową.

Drugie spotkanie z Rodos odbyło się wieczorem, postanowiliśmy bowiem iść sobie na jakąś super modną imprezę. Po starterowym piwku nad brzegiem morza ruszyliśmy w kierunku imprezowej ulicy. Przed każdym klubem stali naganiacze i wszystkich zaczepiali pytaniami, m. in. skąd jesteśmy. Nasza wrodzona umiejętność podejmowania decyzji sprawiła, że drogę tę przemierzyliśmy chyba z 11 razy, więc po 414678312 pytaniu o nasze pochodzenie podobno - ja tego nie pamiętam ;P - odparłam komuś, że jesteśmy "from nowhere". Kiedy wreszcie zdecydowaliśmy się wleźć do jednego klubu, przywitano nas... ironicznym "Nowhere?" :D I szerokim uśmiechem oczywiście ;) 

W klubie znaleźliśmy super promocję, czyli 35 rozmaitych shotów za 30 euro. Zabawa się zaczęła :D Tańczyliśmy jak szaleni, i choć drinki nie wydawały się mocne, kopnęły mnie na tyle, że zupełnie nie zarejestrowałam momentu, gdy grupa postanowiła wracać, więc JayZ zgarnął mnie w trakcie mojego dylania i niósł taką wierzgającą przed klub, ponieważ byłam pewna, że to taki wyrafinowany element tańca, jak w Dirty Dancing czy coś :D Spałam potem calutką drogę, a przed hotelem nogi mi się troszkę załamały i zostałam rycersko wniesiona przez Hanibala, dzięki czemu zapamiętał nas również personel nocny. Personel dzienny rozpoznawał nas z kolei za żarłoczność, notoryczne zostawanie na każdym posiłku grubo po czasie oraz bycie najweselszą i najszczęśliwszą grupą w jadalni - naszym rozmowom towarzyszyły bowiem głośne i radosne wybuchy śmiechu, czego zupełnie nie zaobserwowaliśmy u innych mieszkańców. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że jak na wakacje, to tylko w singlowej grupie - to samo tyczy się imprez, co przypieczętowaliśmy kolejną wizytą w "Nowhere" :D Trzeba było wszak zrobić zdjęcie shotów, skoro poprzedniego dnia nie było czym. Tym razem już bez ociągania skierowaliśmy się ku naszemu klubowi, wlazłam dumnie jako pierwsza, a tu nagle ktoś mnie chwyta i przybija mi piątkę z okrzykiem "Nowhere, nowhere!" :D Zostaliśmy zatem zapamiętani również w Rodos, co wprawiło nasze ego w szampański nastrój i znów bawiliśmy się wyśmienicie, choć tym razem ja w odpowiednim momencie spasowałam ;P
Jak później wyczytaliśmy w przewodniku, nasz super modny klub znajdował się na ulicy, którą pieszczotliwie można nazwać mordownią :)

Potwierdzenie ostateczne naszej oryginalności otrzymaliśmy w naszej własnej mieścinie, w klimatycznej knajpce tuż obok hotelu, gdzie grupa Shake&Bake grała rockowe covery. Byli wspaniali, więc z trudem mogliśmy usiedzieć przy stoliku; najwidoczniej jednak tylko my byliśmy tacy rozrywkowi, bowiem po koncercie podszedł do nas (wyłącznie do nas!) frontman i wszystkim uścisnął dłonie oraz zagadał z sympatią. To była piękna i wyjątkowa chwila :D

Z kwestii muzycznych dodam jeszcze, że typowo grecka muzyka jest wprost koszmarna. Jeździliśmy po bezdrożach najczęściej w towarzystwie ciszy, bo płyt nie mieliśmy, a radio nadawało na przemian szumy i greckie zawodzenia - sądząc po zaangażowaniu emocjonalnym w głosie wokalistów, z pewnością o miłości. Stwierdziliśmy zgodnie, że w niektórych miejscach nikt nie mieszka dlatego, że już dawno wszyscy popełnili samobójstwo. Trudne by to nie było przy takiej muzie. Zdecydowanie preferowaliśmy kierunek północny, gdzie dosięgało nas radio z anglojęzycznymi hitami, które witaliśmy dzikim entuzjazmem i przekręceniem głośności na full, co by był lans przy wjeździe do miasta ;) Już na zawsze będą mi się kojarzyć z tym miejscem: KLIK, KLIK, KLIK i KLIK.
Takie właśnie mieliśmy wakacje. Wiatr we włosach, hałas w uszach, machanie głową i poczucie totalnej wolności. 
Poczucie towarzyszące nam przez cały tydzień tej cudownej przygody.
 

15 października 2013

Maratoński sprint vol. 3

Na Rodos we wrześniu przypada statystycznie jeden deszczowy dzień. I choć nie mogę narzekać w tym roku na pogodę na wyjazdach, to oczywiście nie byłabym Czerwoną, gdyby ten jeden statystyczny deszcz mi odpuścił ;) Na szczęście w 30 stopniach nawet ulewa nie robi specjalnego wrażenia, zwłaszcza gdy spędza się ją w błyskotliwym towarzystwie, wznosząc toasty Campari pod parasolami knajpy na dachu z fantastycznym widokiem.

by JayZ
by JayZ

Miasteczko Lindos już na wstępie urzekło nas specyficznym rondem wielkości obwodu rosnącego na nim drzewa, które objechaliśmy chyba 20 razy w poszukiwaniu miejsca. Jak się okazało, na Rodos (oprócz miasta Rodos, gdzie jest wydzielona strefa płatnego parkowania) bardzo blisko centrum można znaleźć ogromne i najczęściej w większości niepozajmowane darmowe parkingi. Podobnie jest z toaletami, które np. na plaży są zupełnie bezpłatne. W Polsce to nie do pomyślenia - pewnie dlatego to oni mają kryzys, nie my ;P

W Lindos mieliśmy ambitny plan wejść na Akropol, zgubiliśmy się jednak błyskawicznie w bielutkim labiryncie uliczek, a szkoda nam było osiołków, na których można wjeżdżać (tak brzmi wersja oficjalna, a po prawdzie szkoda nam było siana. Tego w euro ;)), poza tym doskwierał taki upał, że nagle wszystkich pociągnęło do wody. Wg przewodnika mieliśmy przed sobą bardzo piękną, choć niezbyt szeroką plażę. Istotnie - szeroka to ona nie była. Niezbyt liczne leżaki znajdowały się niemal jeden na drugim, a o położeniu się gdziekolwiek pomiędzy nimi nie było mowy. Za to wokoło woń rozsiewały aromatyczne zioła, a sama zatoka zapierała dech w piersiach. No i pływały tam kraby :)

by JayZ
by JayZ
Wleźliśmy na kamienisty murek i wystawiliśmy się do słońca. Zaczęły mi doskwierać kamyki, więc dla zminimalizowania niewygód złożyłam ręcznik wzdłuż na pół i - choć nie wierzyli, że się zmieszczę - zmieściłam się. Ponieważ już wcześniej irytowałam ich swoimi niewielkimi rozmiarami, a raz nawet nabijali się ze mnie, że skuter by mnie przejechał, bo mnie nie zauważył, posypały się komentarze typu:
Czerwona jest tak mała, że Smart to dla niej auto rodzinne.
Czerwona jest tak mała, że chips to dla niej kotlet.
Czerwona jest tak mała, że paluszek to dla niej 100g frytek. 
Czerwona jest tak mała, że wanienka dziecięca to dla niej basen. 

I wiele innych, które ci zazdrośnicy wypowiadali, a ja im wspaniałomyślnie wybaczałam (a tak serio śmiałam razem z nimi ;)). Ekipa udała się pod każdym względem - wszyscy pełni życia, wszyscy spragnieni wrażeń, wszyscy żarłoczni (no bo ta fasolka strączkowa doprawiona miętą, ryba w sosie z ziołami, różowa pianka a'la chmurka i najcudowniejsze greckie pomarańcze...!), wszyscy z kompleksami, które obśmiewali przy każdej okazji, jako że wszyscy z dużą dozą szyderczego poczucia humoru i autoironii. I wszyscy bezwstydni przy okazji różnych fizjologicznych czynności, jak np. sikanie niemalże na szosie czy umawianie się, kto teraz idzie na kupę :D Gdyby natomiast sklasyfikować nas po tym, co najczęściej wypowiadaliśmy, brzmiałoby to tak:

Lessy: Idę po deser. I po brukselkę. Nigdy więcej all inclusive.
JayZ: Posmaruj mnie 10 na bokach, a 20 na plecach. Ale tu nie, tu mnie posmaruj olejkiem!
Han: Wiem, wiem, Czerwona - tak tu zielono i tak ładnie, że pewnie chcesz zdjęcie?
Czerwona: Jeść mi się chce! Jak tu cudnie... Kwiatuszki!

13 października 2013

Maratoński sprint vol. 2

Po śniadaniu, na które - jak potem każdego dnia - składało się jajko sadzone, tosty, pomidory i inne dodatki oraz najlepsze na świecie pomarańcze, postanowiliśmy wynająć samochód. Bardzo miła pani zaoferowała nam Hyundaia i10 o wdzięcznej rejestracji POT, za który pierwotnie zapłacić chciał JayZ, ale niestety nie pamiętał PINu ;) Pospieszyłam zatem na ratunek, szastając z dumą gotówką, którą chwilę później pani zakwestionowała, twierdząc, że... to nie ta waluta. Zmartwiałam, w myślach mając tylko jedno gigantyczne pytanie pt. "Na co ja do cholery w takim razie wymieniłam te złotówki?!", ale na szczęście szybko uświadomiono mi, że dałam po prostu... korony czeskie :D, które mi zostały po wyjeździe do Pragi, a które zagarnęłam w pośpiechu razem z euro z domowego schowka. Moja loża szyderców nabijała się potem z tego w każdym sklepie, namawiając mnie, żebym znów spróbowała zapłacić koronami, bo może się nie skapną, a ja sobie zarobię, jak to Polak na wakacjach ;P

Pojechaliśmy na rekonesans i zgubiliśmy się niemal natychmiast - jeśli ktoś uważa, że drogi w Polsce są kiepsko oznakowane, proponuję wybrać się do Grecji. Gdybym przed wyjazdem nie zaopatrzyła nas w przewodnik z mapką, to chyba byśmy tam zostali na zawsze i jeździli w kółko ;) W tym dniu jednak mapka została w hotelu, a my przed podjęciem trudnej i wymagającej skupienia decyzji, czy jedziemy w prawo, czy w lewo, postanowiliśmy uzupełnić w pobliskim markecie wodę. Market ten przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, bo chociaż wiedzieliśmy, że Grecja jest specyficzna, to nie spodziewaliśmy się, że połowa półek będzie świecić pustkami, a asortyment będzie pizgnięty byle jak na podłodze :) Niemniej gdy zastanawialiśmy się, czy oni przypadkiem nie mają wszystkiego tak samo odwrotnie, jak w przypadku prostego słowa "tak", które u nich brzmi "ne", czyli czy kolor butelki wody niegazowanej i gazowanej jest taki sam jak u nas (bo ichnich bukw ni cholery nie mogliśmy odczytać), podbiegł do nas sprzedawca i sam z siebie odkrył przed nami tę tajemnicę. Ów nieoczekiwany wybuch zainteresowania sprawił, że zostaliśmy stałymi klientami tegoż sklepu, zwłaszcza że zaopatrzony był, oprócz wody, w piwo i nawet słone paluszki, które ja, jako czołowy paluszkożerca, musiałam mieć przy sobie o każdej porze dnia i nocy; poza tym był po drodze na naszą plażę. Właściwie to nie była nasza plaża, ponieważ leżała kilkanaście minut samochodem od naszego hotelu - ale została nią z powodu wyjątkowej urody i cudownego piasku, który jest na wybrzeżu Rodos rzadkością. 

Tsambika by JayZ
Tsambika by JayZ
Pierwszy wieczór postanowiliśmy spędzić lokalnie, w hotelu. Szalona ochota na maksymalne wykorzystanie all inclusive przeszła nam wraz z pierwszym drinkiem, podanym w plastikowej szklance, w dodatku prawdopodobnie mytej od roku tą samą szmatą. Nie żebyśmy wydziwiali, ale to naprawdę nie smakowało. Obkupiliśmy się więc w sklepie, poszliśmy na osobisty balkon i o wódeczce łupaliśmy radośnie w makao przy wtórze piosenek z... polskiej telewizji. Nie ma to jak obejrzeć sobie np. Teleexpress na Rodos :D Najwyraźniej Polacy stanowią tam sporą grupę turystyczną - w niektórych miejscach dostawaliśmy nawet menu po polsku, po polsku też się witaliśmy, składaliśmy zamówienia, a raz w ogóle obsługiwała nas Polka :) Nawiasem mówiąc knajpki są urocze, zupełnie nieradzące sobie z parzeniem dobrej kawy (nad czym nieodmiennie pastwił się JayZ - pewnie dlatego, że jako kierowca był jedynym trzeźwym; nam było wszystko jedno, jakie piwo wypijemy ;)), ale zawsze z uśmiechniętą i zapraszającą od progu obsługą.

 Powoli ustalał się porządek dnia, tzn. najpierw o 9:30, czyli najpóźniej jak się dało, schodziliśmy na śniadanko, potem kupowaliśmy piwo lub cydr i pakowaliśmy się na plażę, stamtąd wracaliśmy na obiad o 13:30, czyli również najpóźniej jak się dało, wkurzaliśmy JayZ darmowym chlaniem, po czym wybieraliśmy się na wycieczkę za miasto. Rodos nie jest ogromną wyspą, za to niesamowicie górzystą, z drogą o milionie zakrętów, i to takich o 180 stopni. A gdy doda się do tego narcyzm i potrzebę bycia na każdym zdjęciu w każdej pozie każdego z osobników grupy, to objechanie w jedno popołudnie całego wybrzeża staje się zadaniem niewykonalnym. Zwłaszcza że widoki urzekają totalnie - nie ma nic piękniejszego niż całkiem spore góry wyrastające znad morza o krystalicznie czystej, olśniewającej różnymi odcieniami błękitu wodzie.