29 października 2013

Narcyzy. Bo to śliczne kwiatki są :D

Jestem pieprzonym narcyzem :D Po raz pierwszy od około 2 lat spotkałam się z trochę dalszą rodziną. Wcześniej jakoś całkiem mimo woli zrobiłam się na bóstwo :D W sumie nic takiego, ledwo tam zwykła kiecka i dość niskie obcasy, ale całą resztę załatwił mi środek cyklu ;) Słowem - wzbudziłam powszechny zachwyt, czemu się nawet szczególnie nie dziwiłam, raczej akceptowałam wyrozumiale :D Cóż, trzeba korzystać, PMS nadciągnie już za tydzień, a wraz z nim ciemna deprecha i katastrofa na skórze ;)

A propos środka - jest źle. Jest kurwa bardzo, bardzo źle :D Jechałam wczoraj do miasta, mecz był, więc po drodze miliony policjantów... tak mi przywaliło, że miałam ochotę zatrzymać się na środku jezdni, wciągnąć do auta pierwszego z brzegu przedstawiciela władzy (oj tak, władzy...!) i potem zrobić z nim różne mało przyzwoite rzeczy. Hamowała mnie tylko świadomość, że w razie gdybym miała pecha i go uwiodła trwale, a potem rzuciła, to mogłabym mieć drobne kłopoty. Wiadomo, z policją lepiej nie zadzierać. No i powód drugi - nie mogę. Nie mogę i koniec. Narcystycznie przypuszczam, że przecież gdybym chciała, to znalazłabym jakiegokolwiek kandydata natychmiast, od ręki. Wystarczyłaby jedna wizyta na portalu randkowym ;) A nie mogę, no nie wyleczyłam się ciągle. Ja pierdolę, czemu to wszystko jest takie posrane :D Gdyby dało się użyczać niepotrzebną ochotę na seks innym, zarabiałabym miliony. To powinna być terapia przyszłości. Jest tyle niedopasowanych temperamentami par, które mogłabym obdarzyć chcicą, niech ją ode mnie zabiorą! Sądząc po moim szczęściu do facetów, to na wieczne nieoddanie, czyli czysty zysk dla wszystkich. Prócz terapeutów ;)

Przypomniała mi się teraz taka scenka z któregoś letniego weekendu. Byłam ze znajomymi nad jeziorem i wieczorem poszliśmy sobie na imprezę na plaży. Głęboka noc, wszyscy się bawią, na horyzoncie z nieba rąbią błyskawice, romantica w chuj, a jakaś parka idzie sobie daleko w wodę i siedzi tam w swoich dość sugestywnych objęciach około godziny... Wraz z Bosską życzyłyśmy im, żeby pękli, razem z gumką. Normalnie czyste chamstwo i grubiaństwo, a świat jest smutny i zły :D

Gdybym jeszcze była brzydka, stuknięta i koślawa. A może ja jestem zwyczajnie zbyt idealna i to odstrasza? :D Zwłaszcza że mam świadomość tego, iż jestem całkiem fajna ;) Dzisiaj na przykład mi się śniło, że koledzy filmowali fajne laski, i w tym śnie byłam okropnie oburzona, dlaczego wobec tego nie filmują mnie :D 

No bo trzeba się doceniać. Jak nie ja, to kto? 
Chociaż muszę przyznać, że moi rodzice stanęli na wysokości zdania. Gdy rodzina zapytała, na kiedy planuję wesele, tata jakby całkiem mimochodem pospieszył z wybawieniem, podsumowując niefrasobliwie, że faceci to tylko problemy i bez sensu :D Mój tata w ogóle jest najlepszy z tymi swoimi odpowiedziami. Kiedyś napisał mi rozbudowanego smsa pt. "Fotelik". Na moją uprzejmą odpowiedź "Co fotelik?" odparł: "Error, sorry" :D Kiedy się potem zobaczyliśmy, spytałam, skąd taki dobór słów (poza tym, że zna łacinę i podstawy angielskiego). Odrzekł, że przecież "Przepraszam, pomyłka" byłoby dłuższe :D Cóż - bezsprzecznie ;) 

Z kolei gdy wróciliśmy z gościny, moja mama z jakąś taką kipiącą satysfakcją powiedziała pod nosem "Mam ładne dzieci" :D 
Boże, mój narcyzm przenosi się nawet na rodziców. Chyba że jest odwrotnie ;) 

Nuta na dziś, idealnie odzwierciedlająca stan duszy (a zwłaszcza ciała) TU. Co by sobie nie komplikować już wystarczająco skomplikowanego życia skomplikowanym tekstem ;)

18 października 2013

Maratoński sprint vol. 4

W stolicy Rodos byliśmy kilkakrotnie. Najpierw na zwiedzanie, w trakcie którego w pewnym momencie się prawie zabiliśmy wzrokiem, bo ja ustalałam plan wycieczki, a oni byli krnąbrnymi turystami i na Starym Mieście, w którego wąskich i oblepionych kolorowymi straganami uliczkach troszkę się pogubiłam, usiłowali mi wmówić, że port jest z zupełnie innej strony niż był faktycznie ;P Ale ostatecznie okazałam się najbardziej upartym i zdeterminowanym stworem w grupie, i po zlokalizowaniu stron świata na bazie słońca doprowadziłam ich tam, gdzie chciałam, ha! :) Dzięki czemu dane nam było ujrzeć fantastyczną Ulicę Rycerską, prowadzącą do Pałacu Wielkich Mistrzów z Bramą Amboise, Meczet Sulejmana i Wieżę zegarową.

Drugie spotkanie z Rodos odbyło się wieczorem, postanowiliśmy bowiem iść sobie na jakąś super modną imprezę. Po starterowym piwku nad brzegiem morza ruszyliśmy w kierunku imprezowej ulicy. Przed każdym klubem stali naganiacze i wszystkich zaczepiali pytaniami, m. in. skąd jesteśmy. Nasza wrodzona umiejętność podejmowania decyzji sprawiła, że drogę tę przemierzyliśmy chyba z 11 razy, więc po 414678312 pytaniu o nasze pochodzenie podobno - ja tego nie pamiętam ;P - odparłam komuś, że jesteśmy "from nowhere". Kiedy wreszcie zdecydowaliśmy się wleźć do jednego klubu, przywitano nas... ironicznym "Nowhere?" :D I szerokim uśmiechem oczywiście ;) 

W klubie znaleźliśmy super promocję, czyli 35 rozmaitych shotów za 30 euro. Zabawa się zaczęła :D Tańczyliśmy jak szaleni, i choć drinki nie wydawały się mocne, kopnęły mnie na tyle, że zupełnie nie zarejestrowałam momentu, gdy grupa postanowiła wracać, więc JayZ zgarnął mnie w trakcie mojego dylania i niósł taką wierzgającą przed klub, ponieważ byłam pewna, że to taki wyrafinowany element tańca, jak w Dirty Dancing czy coś :D Spałam potem calutką drogę, a przed hotelem nogi mi się troszkę załamały i zostałam rycersko wniesiona przez Hanibala, dzięki czemu zapamiętał nas również personel nocny. Personel dzienny rozpoznawał nas z kolei za żarłoczność, notoryczne zostawanie na każdym posiłku grubo po czasie oraz bycie najweselszą i najszczęśliwszą grupą w jadalni - naszym rozmowom towarzyszyły bowiem głośne i radosne wybuchy śmiechu, czego zupełnie nie zaobserwowaliśmy u innych mieszkańców. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że jak na wakacje, to tylko w singlowej grupie - to samo tyczy się imprez, co przypieczętowaliśmy kolejną wizytą w "Nowhere" :D Trzeba było wszak zrobić zdjęcie shotów, skoro poprzedniego dnia nie było czym. Tym razem już bez ociągania skierowaliśmy się ku naszemu klubowi, wlazłam dumnie jako pierwsza, a tu nagle ktoś mnie chwyta i przybija mi piątkę z okrzykiem "Nowhere, nowhere!" :D Zostaliśmy zatem zapamiętani również w Rodos, co wprawiło nasze ego w szampański nastrój i znów bawiliśmy się wyśmienicie, choć tym razem ja w odpowiednim momencie spasowałam ;P
Jak później wyczytaliśmy w przewodniku, nasz super modny klub znajdował się na ulicy, którą pieszczotliwie można nazwać mordownią :)

Potwierdzenie ostateczne naszej oryginalności otrzymaliśmy w naszej własnej mieścinie, w klimatycznej knajpce tuż obok hotelu, gdzie grupa Shake&Bake grała rockowe covery. Byli wspaniali, więc z trudem mogliśmy usiedzieć przy stoliku; najwidoczniej jednak tylko my byliśmy tacy rozrywkowi, bowiem po koncercie podszedł do nas (wyłącznie do nas!) frontman i wszystkim uścisnął dłonie oraz zagadał z sympatią. To była piękna i wyjątkowa chwila :D

Z kwestii muzycznych dodam jeszcze, że typowo grecka muzyka jest wprost koszmarna. Jeździliśmy po bezdrożach najczęściej w towarzystwie ciszy, bo płyt nie mieliśmy, a radio nadawało na przemian szumy i greckie zawodzenia - sądząc po zaangażowaniu emocjonalnym w głosie wokalistów, z pewnością o miłości. Stwierdziliśmy zgodnie, że w niektórych miejscach nikt nie mieszka dlatego, że już dawno wszyscy popełnili samobójstwo. Trudne by to nie było przy takiej muzie. Zdecydowanie preferowaliśmy kierunek północny, gdzie dosięgało nas radio z anglojęzycznymi hitami, które witaliśmy dzikim entuzjazmem i przekręceniem głośności na full, co by był lans przy wjeździe do miasta ;) Już na zawsze będą mi się kojarzyć z tym miejscem: KLIK, KLIK, KLIK i KLIK.
Takie właśnie mieliśmy wakacje. Wiatr we włosach, hałas w uszach, machanie głową i poczucie totalnej wolności. 
Poczucie towarzyszące nam przez cały tydzień tej cudownej przygody.
 

15 października 2013

Maratoński sprint vol. 3

Na Rodos we wrześniu przypada statystycznie jeden deszczowy dzień. I choć nie mogę narzekać w tym roku na pogodę na wyjazdach, to oczywiście nie byłabym Czerwoną, gdyby ten jeden statystyczny deszcz mi odpuścił ;) Na szczęście w 30 stopniach nawet ulewa nie robi specjalnego wrażenia, zwłaszcza gdy spędza się ją w błyskotliwym towarzystwie, wznosząc toasty Campari pod parasolami knajpy na dachu z fantastycznym widokiem.

by JayZ
by JayZ

Miasteczko Lindos już na wstępie urzekło nas specyficznym rondem wielkości obwodu rosnącego na nim drzewa, które objechaliśmy chyba 20 razy w poszukiwaniu miejsca. Jak się okazało, na Rodos (oprócz miasta Rodos, gdzie jest wydzielona strefa płatnego parkowania) bardzo blisko centrum można znaleźć ogromne i najczęściej w większości niepozajmowane darmowe parkingi. Podobnie jest z toaletami, które np. na plaży są zupełnie bezpłatne. W Polsce to nie do pomyślenia - pewnie dlatego to oni mają kryzys, nie my ;P

W Lindos mieliśmy ambitny plan wejść na Akropol, zgubiliśmy się jednak błyskawicznie w bielutkim labiryncie uliczek, a szkoda nam było osiołków, na których można wjeżdżać (tak brzmi wersja oficjalna, a po prawdzie szkoda nam było siana. Tego w euro ;)), poza tym doskwierał taki upał, że nagle wszystkich pociągnęło do wody. Wg przewodnika mieliśmy przed sobą bardzo piękną, choć niezbyt szeroką plażę. Istotnie - szeroka to ona nie była. Niezbyt liczne leżaki znajdowały się niemal jeden na drugim, a o położeniu się gdziekolwiek pomiędzy nimi nie było mowy. Za to wokoło woń rozsiewały aromatyczne zioła, a sama zatoka zapierała dech w piersiach. No i pływały tam kraby :)

by JayZ
by JayZ
Wleźliśmy na kamienisty murek i wystawiliśmy się do słońca. Zaczęły mi doskwierać kamyki, więc dla zminimalizowania niewygód złożyłam ręcznik wzdłuż na pół i - choć nie wierzyli, że się zmieszczę - zmieściłam się. Ponieważ już wcześniej irytowałam ich swoimi niewielkimi rozmiarami, a raz nawet nabijali się ze mnie, że skuter by mnie przejechał, bo mnie nie zauważył, posypały się komentarze typu:
Czerwona jest tak mała, że Smart to dla niej auto rodzinne.
Czerwona jest tak mała, że chips to dla niej kotlet.
Czerwona jest tak mała, że paluszek to dla niej 100g frytek. 
Czerwona jest tak mała, że wanienka dziecięca to dla niej basen. 

I wiele innych, które ci zazdrośnicy wypowiadali, a ja im wspaniałomyślnie wybaczałam (a tak serio śmiałam razem z nimi ;)). Ekipa udała się pod każdym względem - wszyscy pełni życia, wszyscy spragnieni wrażeń, wszyscy żarłoczni (no bo ta fasolka strączkowa doprawiona miętą, ryba w sosie z ziołami, różowa pianka a'la chmurka i najcudowniejsze greckie pomarańcze...!), wszyscy z kompleksami, które obśmiewali przy każdej okazji, jako że wszyscy z dużą dozą szyderczego poczucia humoru i autoironii. I wszyscy bezwstydni przy okazji różnych fizjologicznych czynności, jak np. sikanie niemalże na szosie czy umawianie się, kto teraz idzie na kupę :D Gdyby natomiast sklasyfikować nas po tym, co najczęściej wypowiadaliśmy, brzmiałoby to tak:

Lessy: Idę po deser. I po brukselkę. Nigdy więcej all inclusive.
JayZ: Posmaruj mnie 10 na bokach, a 20 na plecach. Ale tu nie, tu mnie posmaruj olejkiem!
Han: Wiem, wiem, Czerwona - tak tu zielono i tak ładnie, że pewnie chcesz zdjęcie?
Czerwona: Jeść mi się chce! Jak tu cudnie... Kwiatuszki!

13 października 2013

Maratoński sprint vol. 2

Po śniadaniu, na które - jak potem każdego dnia - składało się jajko sadzone, tosty, pomidory i inne dodatki oraz najlepsze na świecie pomarańcze, postanowiliśmy wynająć samochód. Bardzo miła pani zaoferowała nam Hyundaia i10 o wdzięcznej rejestracji POT, za który pierwotnie zapłacić chciał JayZ, ale niestety nie pamiętał PINu ;) Pospieszyłam zatem na ratunek, szastając z dumą gotówką, którą chwilę później pani zakwestionowała, twierdząc, że... to nie ta waluta. Zmartwiałam, w myślach mając tylko jedno gigantyczne pytanie pt. "Na co ja do cholery w takim razie wymieniłam te złotówki?!", ale na szczęście szybko uświadomiono mi, że dałam po prostu... korony czeskie :D, które mi zostały po wyjeździe do Pragi, a które zagarnęłam w pośpiechu razem z euro z domowego schowka. Moja loża szyderców nabijała się potem z tego w każdym sklepie, namawiając mnie, żebym znów spróbowała zapłacić koronami, bo może się nie skapną, a ja sobie zarobię, jak to Polak na wakacjach ;P

Pojechaliśmy na rekonesans i zgubiliśmy się niemal natychmiast - jeśli ktoś uważa, że drogi w Polsce są kiepsko oznakowane, proponuję wybrać się do Grecji. Gdybym przed wyjazdem nie zaopatrzyła nas w przewodnik z mapką, to chyba byśmy tam zostali na zawsze i jeździli w kółko ;) W tym dniu jednak mapka została w hotelu, a my przed podjęciem trudnej i wymagającej skupienia decyzji, czy jedziemy w prawo, czy w lewo, postanowiliśmy uzupełnić w pobliskim markecie wodę. Market ten przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, bo chociaż wiedzieliśmy, że Grecja jest specyficzna, to nie spodziewaliśmy się, że połowa półek będzie świecić pustkami, a asortyment będzie pizgnięty byle jak na podłodze :) Niemniej gdy zastanawialiśmy się, czy oni przypadkiem nie mają wszystkiego tak samo odwrotnie, jak w przypadku prostego słowa "tak", które u nich brzmi "ne", czyli czy kolor butelki wody niegazowanej i gazowanej jest taki sam jak u nas (bo ichnich bukw ni cholery nie mogliśmy odczytać), podbiegł do nas sprzedawca i sam z siebie odkrył przed nami tę tajemnicę. Ów nieoczekiwany wybuch zainteresowania sprawił, że zostaliśmy stałymi klientami tegoż sklepu, zwłaszcza że zaopatrzony był, oprócz wody, w piwo i nawet słone paluszki, które ja, jako czołowy paluszkożerca, musiałam mieć przy sobie o każdej porze dnia i nocy; poza tym był po drodze na naszą plażę. Właściwie to nie była nasza plaża, ponieważ leżała kilkanaście minut samochodem od naszego hotelu - ale została nią z powodu wyjątkowej urody i cudownego piasku, który jest na wybrzeżu Rodos rzadkością. 

Tsambika by JayZ
Tsambika by JayZ
Pierwszy wieczór postanowiliśmy spędzić lokalnie, w hotelu. Szalona ochota na maksymalne wykorzystanie all inclusive przeszła nam wraz z pierwszym drinkiem, podanym w plastikowej szklance, w dodatku prawdopodobnie mytej od roku tą samą szmatą. Nie żebyśmy wydziwiali, ale to naprawdę nie smakowało. Obkupiliśmy się więc w sklepie, poszliśmy na osobisty balkon i o wódeczce łupaliśmy radośnie w makao przy wtórze piosenek z... polskiej telewizji. Nie ma to jak obejrzeć sobie np. Teleexpress na Rodos :D Najwyraźniej Polacy stanowią tam sporą grupę turystyczną - w niektórych miejscach dostawaliśmy nawet menu po polsku, po polsku też się witaliśmy, składaliśmy zamówienia, a raz w ogóle obsługiwała nas Polka :) Nawiasem mówiąc knajpki są urocze, zupełnie nieradzące sobie z parzeniem dobrej kawy (nad czym nieodmiennie pastwił się JayZ - pewnie dlatego, że jako kierowca był jedynym trzeźwym; nam było wszystko jedno, jakie piwo wypijemy ;)), ale zawsze z uśmiechniętą i zapraszającą od progu obsługą.

 Powoli ustalał się porządek dnia, tzn. najpierw o 9:30, czyli najpóźniej jak się dało, schodziliśmy na śniadanko, potem kupowaliśmy piwo lub cydr i pakowaliśmy się na plażę, stamtąd wracaliśmy na obiad o 13:30, czyli również najpóźniej jak się dało, wkurzaliśmy JayZ darmowym chlaniem, po czym wybieraliśmy się na wycieczkę za miasto. Rodos nie jest ogromną wyspą, za to niesamowicie górzystą, z drogą o milionie zakrętów, i to takich o 180 stopni. A gdy doda się do tego narcyzm i potrzebę bycia na każdym zdjęciu w każdej pozie każdego z osobników grupy, to objechanie w jedno popołudnie całego wybrzeża staje się zadaniem niewykonalnym. Zwłaszcza że widoki urzekają totalnie - nie ma nic piękniejszego niż całkiem spore góry wyrastające znad morza o krystalicznie czystej, olśniewającej różnymi odcieniami błękitu wodzie.

4 października 2013

Maratoński sprint

Godzina 15, Ławica. Troje Strzelców i Bliźniak, czyli w-i-a-r-a (vel Lessy), JayZ, Czerwona i Han rozpoczęli podróż od informacji, że samolot jest opóźniony 1,5h. Normalka. Usiedli spokojnie na kanapach, żeby nie odprawiać się zanadto wcześnie i nie odcinać sobie możliwości powrotu. Niestety obsłudze lotniska tak się spieszyło do obmacywania, że publicznie wezwali całą grupę i tym samym skazali ją na głód i pragnienie, bowiem kawa w strefie bezcłowej kosztowała calutkie 15 zł. Z nudów Lessy i ja poszłyśmy na zwiady po sklepach, zdecydowałyśmy, że nie stać nas na scrabble za 170 zł, i kupiłyśmy to, co najtańsze, czyli chińczyka podróżnego - po czym wszyscy rozsiedliśmy się na podłodze między ludźmi i z zapałem godnym przedszkolaków rzuciliśmy kości. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz w to grałam, reguły również były mi obce, w związku z czym zadziałała zapewne zasada "głupi ma szczęście", czyli regularnie zbijałam wszystkich, co wyraźnie scaliło grupę przeciwko mnie, i od tamtej pory nawet gdy przegrywałam, to i tak wmawiano mi, że wygrałam ;) 

Lot był znośny, chociaż jedno ucho tak mi się zatkało, że miałam wrażenie, iż zaraz mi błona pęknie - na szczęście w krytycznym momencie wylądowaliśmy. Na lotnisku powitało nas ciepłe, wilgotne, tak różne od polskiego powietrze, cudowne palmy i kierowca autobusu, który zapracował sobie na nasz szacunek lawirowaniem w nieprawdopodobnie wąskich uliczkach oraz początkowo również donośnym anonsowaniem każdego hotelu, do którego uwoził podróżnych. Niestety nasz hotel był dokładnie ostatnim na trasie, przez co 25 km pokonywaliśmy dwie godziny, a kierowca wyraźnie osłabł w gościnności i z każdym kolejnym postojem coraz bardziej oszczędzał głos, aż ostatecznie przy naszym przystanku wysiadł z pojazdu, nawet na nas nie spojrzawszy, o obwieszczaniu czegokolwiek nie wspominając. My jednak gratulowaliśmy sobie szczerze tego hotelu, ponieważ na przykład jeden z wcześniejszych znajdował się na takim wzgórzu, że chociaż panorama rozciągała się wspaniała, to nawet starsza pani, która miała tam zamieszkać, z żałością uznała ów fakt za "nieszczęście" ;)

O 1 w nocy, na głodzie i z bolącym uchem odkryłam, że z kranu leci zimna woda, w pokoju lata komar, a ja spośród wszystkich możliwych rzeczy w mojej 16-kilogramowej walizce zapomniałam akurat kremu do twarzy. Położyłam się więc wkurzona jak rzadko i z przeczuciem klęski zdrowotno-urodowej. Jak to jednak mówią - po nocy zawsze przychodzi poranek. I przyszedł. Wraz ze słońcem, gorącem i takim oto widokiem:



I już nie potrzebowałam niczego więcej. Byliśmy na Rodos!!!!!!!!!!!! :)