28 października 2018

Sen o wiecznej Warszawie

Chyba nie ma w Polsce miejsca, które nie wyglądałoby magicznie październikową jesienią. 
Lecz wydaje mi się, że to Warszawa zyskuje w tym czasie najwięcej. Dość kanciasta, rozlegle betonowa, na pierwszy rzut oka nieco bezbarwna - nagle rozkwita schowanym wcześniej kolorem, jakby kryła go na najlepszą okazję, niczym Kopciuszek wyczekujący balu. 
Przyznaję, latem również znalazłam tam mnóstwo strawy dla oka i duszy (pyszne wnętrze Zamku Królewskiego, niesamowita panorama z XXX piętra Pałacu Kultury, sekretny ogród, zamknięty przed światem, choć oczywiście wystarczyło pragnienie szczere, by dla mnie otworzył swe wrota; pokaz multimedialny z fontannami, wreszcie słoneczne Łazienki) - jednak to w tej ciepłej palecie odkryłam prawdziwą duszę stolicy. 

Od wielu lat zafascynowana jestem cmentarzami. Widziałam cmentarze żydowskie, litewskie, węgierskie, włoskie, rumuńskie. W środku miast, w lesie, na porośniętej trawą polanie. Nie umiem i nie chcę oceniać, który jest najpiękniejszy, najciekawszy, który uderza w najgłębsze struny. Jedno jest pewne - na warszawskie Powązki zdecydowanie muszę wrócić. 

Gdy przekroczyliśmy bramę, nie wiedzieć czemu wydawało mi się, że cmentarz nie jest duży. Jakże się myliłam...! Po dwóch godzinach przemykania wśród zachwycającego bogactwa nagrobnej sztuki - nadal zdawał się nie mieć końca. Gdyby nie przenikliwe zimno i potrzeby fizjologiczne, prawdopodobnie włóczyłabym się po nim w zadumie aż do zmierzchu, muskając palcami misternie zdobione pomniki pamięci, w zamszowej ciszy obserwując wirujące w powietrzu liście, spadające z drzew, które widziały już tak wiele ludzkich łez, słuchały tylu szeptów smutku. 

Niesamowite, że tak ogromna nekropolia przetrwała dwa burzliwe wieki, oparła się zarówno bezlitosnemu upływowi czasu, jak i ludzkim swarom czy wielkim wojnom. Miejsce pełne śmierci - samo ciągle jej się wymyka.

W drewnianym krzyżu nad nagrobną płytą symbolicznie splatają się losy człowieka i drzewa. 
Martwi - a jednak wciąż żyją.
Mech niczym atrament świata przyrody... 
Wreszcie...
... jakbym spotkała starego przyjaciela. Z lat dzieciństwa, gdy pierwszy raz usłyszałam słowo "neologizm" i natychmiast nauczyłam się jego pozornie skręconego wiersza. Z pamięci recytuję...


Muzo
Natchniuzo
tak
ci
końcówkuję
z niepisaniowości

natreść
mi
ości
i
uzo

"Namuzowywanie" Miron Białoszewski.