31 grudnia 2014

Zapobiegawczo

Moje kochanie najcudowniejsze działa, jednak to nie była jego wina, tylko zasilacza, w którym robiły się jakieś spięcia i coś tam :) Na wszelki wypadek gładzę go jednak czule i troskliwie, żeby czuł się jeszcze bardziej doceniany (laptop, nie zasilacz) :D

A dzisiaj załatwiłam sobie i siostrze krótkoterminową dodatkową pracę. Czyli trochę mniej czasu, trochę więcej pieniędzy. 
Dowiedziałam się też, gdzie spędzę Sylwestrową Noc :D Standardowy termin u mnie - gdy dowiaduję się dużo wcześniej, to potem cały rok jest spaprany :D
I najważniejsze - po ponad dwóch miesiącach wyszłam na miasto :D Hucznie i dumnie brzmi, a tak naprawdę pojechałam do knajpy odebrać prezent urodzinowy i świąteczny ;P Żeby nie było, ja również wręczyłam prezent świąteczny, popiłyśmy z Brasil cudowne grzańce (białe wino, syrop z czarnego bzu, pomarańcze) i w tańczących płatkach miniaturowego śniegu wróciłam do domu tramwajem, niemal całą drogę przebywając na bezdechu. Wszyscy kaszlą! I już się nawet nie fatygują, żeby zasłaniać twarz! W głowie lęgły mi się bardzo złowrogie i krwiożercze myśli z bejsbolem w roli głównej, ale niewiele dało się zrobić prócz mamrotania pod nosem rozmaitych inwektyw. 

I tak rok powoli się kończy. Był dziwny, w sumie ciekawy, trochę porąbany, bardzo szybki. Pogmatwany, z ciężkostrawną końcówką, za to przynajmniej całkowicie pozbawiony idiotycznych problemów sercowych :) Taki tam sobie nie najgorszy. Ale życzenia złożę Wam już w nowym. Na wszelki wypadek ;)

Na razie więc tylko zapobiegawczo - wspaniałej zabawy!
A Little Party Never Killed Nobody!

26 grudnia 2014

Cisza w eterze

Dzień przed Wigilią mój laptop postanowil wręczyć mi rózgę i po prostu zdechł. Święta spędziłam zatem na obżarstwie, z żalu oczywiście ;) Pewnie trochę minie, nim spłodzę tutaj jakiś sensowny tekst, chyba że przełamię swój konserwatyzm i zacznę pisać na telefonie. Na razie jeszcze mnie ta sztuka nie podnieca, wręcz przeciwnie, szczerze wkur..., tęsknię za moim ukochanym, wychuchanym, wybranym dla koloru i znającym mnie na wylot ustrojstwem, do którego - wiem - nie powinnam żywić tak żywych uczuć, ale żywię. Tyle napisanych słów...!

Mimo wszystko jednak dobrze mi w cieplutkim domu, przy choince i świecach, z milionem książek i czasopism, które będę czytać chyba do Matki Boskiej Zielnej, i to 2016 roku... Szkoda, że już koniec Bożego Narodzenia. Ale wiecie co?

W końcu! Nareszcie! Jest!

PADA ŚNIEG!!!! :D

P.S. Pamiętacie, co wydarzyło się 27 grudnia 1918 roku w Poznaniu? Pamiętajcie. Warto. Idę wywiesić flagę. Chwała Powstańcom!

21 grudnia 2014

Ósme, nie ostatnie

Wczorajszy dzień należał do choinki, prezentów i świątecznej muzyki. W mojej playliście od pewnego czasu króluje Michael Buble, i szczerze gdybym miała faceta o takim głosie, a on nie daj Boże był małomówny, to chyba wzniecałabym kłótnie dla samej radości słuchania tego cudownie ciepłego, aksamitnego tembru :D 
Posłuchajcie ze mną TU
Tak więc śpiewałam sobie razem z nim, z lubością wyżywając się artystycznie na drzewku, a potem na kolorowych papierach, kartonach i wstążkach. Został mi jeszcze do zrobienia stroik, ale w razie braku weny skorzystam z zeszłorocznego, do którego wystarczy dopiąć pachnącą lasem gałązkę.
Z powodu ograniczonej przez chorobę mobilności nie mam prezentu dla nikogo prócz rodziny (niech żyją internetowe zakupy), jednakże liczę na to, że po świętach znajdę jeszcze coś sensownego, a ostatecznie mam w zanadrzu parę może mało odkrywczych, za to dość praktycznych pomysłów. Zaś na szybko dla każdego - malutki słoiczek miodku z ulubionej pasieki, ładnie ustrojony i opatrzony własnoręczną (niestety trochę mniej ładną, głównie z powodu koślawego pisma - ale przecież liczy się gest :)) etykietką.

Tak bardzo brakowało mi procesu tworzenia! Z powodu braku czasu (ach te wymówki) całe lata szliśmy na łatwiznę i dawaliśmy prezenty w ozdobnych torbach. Teraz też jest kilka, ale na szczęście nie wszystko. Mam wrażenie, że wraz z trudem ozdabiania podarunku oddaje się jeszcze więcej mocy i dobrej energii adresatowi takiego zawiniątka. A najbardziej zawsze cieszy mnie, gdy wpadam na pomysł, jak wykorzystać coś, co mam w domu. Wczoraj np. znalazłam pudło z logo jednej firmy. Idealnie pasowało do prezentu dla mamy, więc wycięłam niezapisaną okładkę otrzymanej świątecznej kartki i nakleiłam na logo, żeby je przykryć. Jeszcze tylko wizytówka z kawałka starego kartonu, przywiązana rafią, i gotowe. Taki recykling. Wygląda super :)

Z drobnych pierdółek zostały mi jeszcze do upieczenia pierniczki, trochę późno, ale siostra upiekła z dziećmi całą wuchtę wcześniej, więc na święta zapas jest ;)

Tymczasem pogryzam ciasteczka na przemian z mandarynkami, popijam parującą aromatycznie herbatą, wyżeram cichcem miód lipowy prosto ze słoika, czytam świąteczne przepisy i pomysły na karnawałowe przekąski (kiedyś w końcu te urodziny trzeba będzie wyprawić ;)), i grzeję się w domowym cieple przy świetle świec i lampek. Od jutra dużo sprzątania, gotowania, lataniny... lecz czy może istnieć piękniejszy czas? Gdyby jeszcze spadł śnieg, byłabym w siódmym niebie. Ale od czego jest bujna wyobraźnia ;) 

I tego Wam życzę na te święta. By wyobraźnia wzięła górę nad rutyną, a w sercu nie gasło światło. Bo wraz z radością i optymizmem jest się zawsze wygranym :) 

15 grudnia 2014

Wielkie nieba

Źle spałam w nocy, obudził mnie kaszel, wstałam o 6, poczłapałam do łazienki i w sztucznym świetle spojrzałam w zwierciadło. Ujrzałam istne monstrum z podpuchniętym okiem i kołtunem na czaszce. 
W duchu jęknęłam, pokiwałam głową współczująco i ze zrozumieniem, filozoficznie zamyśliłam się nad budową kolagenu, po czym tak sobie rzekłam:

 I CHUJ! 

Umalowałam oczy, usta pociągnęłam szminką, włosy zakręciłam i wyszłam w obcisłej kiecce jak bóstwo. 
Bo nawet zmarchy i parchy nie zmienią faktu, że życie zaczyna się po trzydziestce! :D

Do posłuchania TU (Fiolka).

6 grudnia 2014

JA WCALE NIE NARZEKAM

Trzeci antybiotyk w ciągu miesiąca.
Mój organizm najwyraźniej zdążył się bardzo zaprzyjaźnić z nową bakterią.
Ja natomiast pogodziłam się z barchanowymi ciuchami, szlafrokiem, podwójnymi skarpetami i torbą leków.
No i dalej oglądam ramówkę tv, dalej czytam gazety lifestylowe, tylko teraz jest trochę gorzej, ponieważ musiałam już wrócić do pracy.
Moje życie towarzyskie zdechło razem ze mną. Aczkolwiek i tak nie mogę narzekać - tu biję pokłony przed nowoczesną techniką. Ostatnio psychicznie funkcjonuję wyłącznie dzięki aplikacji Whatsapp!
Za to sportowo mocno się rozwinęłam - intensywnie rzeźbię używane do tej pory wyłącznie podczas śmiechu mięśnie brzucha. Po takim treningu miesięcznego kaszlu nie zamierzam zrobić ani jednego brzuszka do końca 2015!

Coś czuję, że podsumowanie tego roku wypadnie blado. Do tego właśnie sobie uświadomiłam, że w moim tzw. życiu osobisto-intymnym nastała prawdziwa epoka lodowcowa. Bynajmniej nie pierwsza, ale w tej chwili doszedł niepokojący element, mianowicie - zaczynam się do tej sytuacji PRZYZWYCZAJAĆ.
Wróć.
Ja się do tej sytuacji JUŻ PRZYZWYCZAIŁAM. Czas przeszły dokonany.

Na domiar złego wszystkich wokół trapią jakieś problemy zdrowotne. I to często poważne. Kilka osób z mojego bliskiego otoczenia straciło kogoś w rodzinie, nie ma ostatnio dnia, w którym nie mielibyśmy jakiejś przykrej wiadomości. Nie wiem, co się dzieje. Może coś z gwiazdami. Może jakieś wybuchy na Słońcu. Może kosmiczny pył. Albo ten reaktor na Ukrainie jednak wypieprzył, tylko że tak w październiku, i ta chmura się snuje, a ci wszyscy wielkiej mocy spece jej nie widzą, bo oprogramowanie też SIĘ PRZYZWYCZAIŁO.

I nawet urodzin nie wyprawię, ponieważ będę się bała kolejnego nawrotu choroby oraz obcych zarazków. Głupszego scenariusza na trzydziestkę nie dało się wymyślić! 

Ale żeby już nie było tak smętnie - kolejna porcja zdjęć, z Nat King Cole w tle. Bo mi zaraz jesień minie i znów się zdezaktualizują, a niektóre są jeszcze sprzed roku :)
Mamina pomidorówka najlepsza na świecie ♥
Znajdź ptaszka :)
Znajdź ptaszka 2 :D

23 listopada 2014

Odrobina

Wraz z wyjściem na dwór wróciła odrobina równowagi. Cieszę się, bo dochodziło do tego, że oglądałam DOMO+ i płakałam na programach ogrodniczych :D Teraz na szczęście już tylko się zachwycam i chłonę. Swoją drogą uwielbiam ten kanał! Obserwując rozmaite rozwiązania notuję pilnie w głowie i już nie mogę się doczekać tego pięknego dnia, w którym będę mogła zacząć poważnie myśleć o przeprowadzce. A który niestety na razie jest jeszcze ciągle bliżej nieokreślony ;)
Wkręciłam się też w The Voice of Poland. Nawet chimeryczna Edyta Górniak nie przeszkadza. Resztę ekipy po prostu uwielbiam, a głosy uczestników... niewiarygodne, jak zdolnych ludzi mamy w Polsce, chwilami aż słów brakuje. Wczoraj zostałam zaszokowana podwójnie. Sarsa Markiewicz zaśpiewała Portishead! Za sam fakt, że w komercyjnym programie zaproponowano utwór tak niszowego zespołu, należą im się podziękowania. Swoją drogą dziewczyna ma piękną barwę głosu i wykonała to całkiem ciekawie. Chociaż nie jest to oczywiście Beth Gibbons.

A teraz w TVN Meteo obejrzałam kolejny odcinek Mai W Ogrodzie. Tym razem ekipa telewizyjna odwiedziła Ogród Botaniczny "Elżbietówka", położony blisko Poznania, w Brzeźnie. 
Jestem pełna podziwu. Właścicielka kupiła w latach 90. ponad 5 ha ziemi, bardzo ubogiej. Sama z piątką dzieci kopała, sadziła, rozplanowywała i przede wszystkim - podlewała. To nie były czasy automatycznego nawadniania, a chmury deszczowe omijały suchy pusty teren. Początki były więc katorżnicze, noszenie wody w kanistrach do samej nocy po to, by chociaż trochę spowolnić więdnięcie i uratować sadzonki... Serce może pęknąć, gdy upał niweczy taki wysiłek. Na szczęście pomagali dobrzy ludzie i powoli coraz więcej roślin udawało się uratować, a im więcej ich było, tym lepszy tworzył się mikroklimat.
W tej chwili ogród, poza funkcją krajobrazową, pełni również funkcje dydaktyczne i społeczne. O szczegółach można poczytać TU - i warto, bo historia zakładania ogrodu nadaje się niemal na scenariusz filmu. Myślę, że wiosną zawitam do niego i ja. Chcę poczuć choć odrobinę energii tego miejsca. To będzie ważna lekcja... odwagi. Tak wiele pięknych ogrodów powstało przy pomocy wielkiej ekipy, z dużym nakładem środków finansowych. Tym większą dumą może napawać coś, co stworzyło się własną "krwawicą", od zera, swoimi rękoma i ciężką pracą. Marzy mi się takie miejsce. Może nie 5 ha ;), ale... własne, przez siebie zaplanowane, ze moimi błędami i sukcesami, z moją wizją i duszą.

Czasem myślę sobie, że jednak pomyliłam się kiedyś, bo nic we mnie ze ścisłego umysłu nie zostało. Kwiaty, fotografia, muzyka, piękno - to mnie aktualnie najbardziej interesuje. Wystarczy się wyszkolić i połączyć, co? Właściwie... Kto wie, za trzy tygodnie z hakiem witam nową liczbę w moim życiu. Może za jakiś czas otworzy przede mną ciekawsze możliwości? Może sama je otworzę.

Zostawiam Was z Raz Dwa Trzy. I... odrobiną światła :)
 

17 listopada 2014

Kaliber: kolubryna

Apokalipsa.

Byłam chora, była poprawa, jest nawrót. Siedem osób, czyli cała rodzina, nadal siedzi plackiem w domach ze zdiagnozowaną mykoplazmozą :D Brzmi egzotycznie - chociaż raz wiadomo, co nam dolega. Ja nie wiem, XXI wiek, a diagnostyka po prostu nie żyje. Chyba nigdy nie miałam przy okazji choroby zrobionego wymazu. Teraz też dowiedzieliśmy się, co zacz, wyłącznie dlatego, że siostrzenica była w szpitalu i MUSIELI zrobić badanie krwi. Przy czym na tę bakterię badanie robi wyłącznie, uwaga, Sanepid. A w międzyczasie oczywiście leczą w ciemno.

XXI wiek...!!!!

W związku z czym drugi tydzień pielęgnuję domową klaustrofobię i zdążyłam już:
- zachorować pięciokrotnie na depresję
- przemyśleć całe swoje życie, z bardzo różnymi wnioskami
- przeczytać cały Świat Kobiety, Mój Piękny Ogród, pół Sapkowskiego i chyba pięćdziesiąt razy każdy post na fb
- zapoznać się z całą ramówką telewizji, łącznie z obejrzeniem trzech odcinków Ojca Mateusza i trzykrotnie tego samego odcinka Mai W Ogrodzie
- stworzyć całodobową gorącą linię z przyjaciółmi (całodobową, ponieważ w sobotę na ten przykład nie spałam do 4 rano, więc trochę mi się nudziło - niektórym najwyraźniej nudziło się solidarnie :D)
- w międzyczasie oczywiście umęczyć się gorączką, kaszlem i strumieniami potu przy każdym ruchu. Jak tak dalej pójdzie, to wypocę i wypluję się ze wszystkich toksyn, chociaż tyle dobrego ;P

A wczoraj miałam dzień smutku dla świata. Poranek rozpoczęłam, płacząc nad losem porzuconych papug. Wiedzieliście, jakie one są mądre? I że łączą się w pary na całe życie? Więc gdy ktoś sobie kupuje taką papugę, musi liczyć się z tym, że ona go pokocha jak partnera. I jak o partnera będzie zazdrosna, a wtedy w złości czy bólu porzucenia potrafi wyrwać sobie wszystkie pióra... 
To był bardzo przykry program, wzruszający, ale obnażający ludzką naturę, która rości sobie prawo do kupowania czyjegoś życia, po czym pozbywa się cichcem problemu - w przepełnionym przytułku dla niechcianych zwierząt. 

Drugi smutek nadszedł z kolejnym programem, o spustoszeniach, jakie powoduje intensywne rolnictwo. Podsumowanie nie było wesołe. W Indiach np. sztuczne nawozy tak zubożyły glebę, że wielu rolników bankrutuje i odbiera sobie życie. Jeden społecznik-entuzjasta podjął się edukacji miejscowych w kwestiach bioróżnorodności, płodozmianu i naturalnych metod wzbogacania ziemi. Efekty tego nauczania są spektakularne - odkąd zamiast monokultur rolnicy zaczęli uprawiać wiele gatunków roślin, które nawzajem na siebie wpływają i odżywiają podłoże bez konieczności używania chemii, ich pola po prostu oddychają z ulgą. Niestety lobby nawozowe zamierza lub właśnie wytacza edukatorowi proces - o działanie utrudniające zapobieganie głodowi w kraju (!). 
Z kolei lobby pestycydowe twierdzi, że to absolutny przypadek, iż w miejscach używania przez rolników ich pestycydu obecnie zachorowalność na raka prostaty wzrosła o 70% w stosunku do miejsc nieskażonych. A już na pewno dużym nadużyciem i wyolbrzymieniem jest wiązanie tego faktu z tym akurat środkiem ochrony roślin, ponieważ rak rozwija się wszędzie. Przypomina mi to trochę film " Erin Brockovich", a nawet "Wierny ogrodnik" - tam było z kolei o lobby farmaceutycznym, które zresztą przecież nadal ma się świetnie...

Potem obejrzałam jeszcze program o intensywnej hodowli zwierząt. Małe kurczęta tłoczą się w ciasnych klatkach, a zanim zdążą im się rozwinąć organy wewnętrzne - idą na ubój. Świnie mają miejsce tylko na siebie, a pod sobą dziurę w ziemi, w którą zbiera się odchody. Prosiętom obcina się ogony, żeby nie odgryzały ich sąsiednim zwierzętom, które zad mają niemal w ich pyskach. Pokazywano drastyczne zdjęcie świni, która trzyma smutny, zakrwawiony ryjek na prętach klatki. 
A na drugim biegunie - wolny rolnik i hodowca, którego krowy codziennie wypasane są na pięknie zielonych zboczach, klepane i głaskane z szacunkiem. 

Na koniec przeczytałam o świństwach, które znajdują się w żywności - frytek z McDonalda już raczej nie tknę, nie sądziłam, że może tam być coś więcej niż - choćby nawet podły - olej, ziemniak i sól. A jednak może, i to sporo...
Co mnie jednak przeraziło - że chyba czas przestać jeść w ogóle. Nawet łosoś, dla mnie synonim zdrowia, jest w większości przypadków barwiony...  I najgorsze, że my się na to wszystko - nawet nieświadomie - godzimy...

Dół na maksa, co z tym światem, jak żyć.
I ja na to wszystko mam jeszcze PMS!

11 listopada 2014

Zawsze, nigdy, kiedy

Nie wiem, jak to się dzieje, ale zawsze, co roku, czekam na ten dzień z utęsknieniem, i zawsze, co roku, o tej porze zaczynam odczuwać... nie, smutek to za duże słowo. Melancholia pasuje bardziej. 
Gdy robi się ciemno, gdy nikną za oknem kolory słońca, zaczynam wewnętrznie drżeć.

Dotykają mnie wszystkie bóle świata. Głupota, zawiść, kompleksy, chciwość, pogarda, znów głupota. Mam wrażenie, że to się nie zmieniło, nigdy się nie zmieni. Patrzę bezradnie, jak społeczeństwo pod przykrywką zrywów narodowościowych kpi sobie z dorobku przodków. Kurwa! Oni walczyli o wolność! I chociaż zapewne w 90 procentach byli takimi samymi debilami jak współcześni, oni przynajmniej mieli ku czemu rwać, mieli cel! Nie chcę powrotu tamtych czasów, chodzi tylko o uświadomienie sobie tej skali, proporcji. Te ludziki z hasłami, których nawet nie potrafią napisać ortograficznie, te nadęte miny pseudopolityków pretendujących do okradania państwa... Co by się z nami stało, gdyby naprawdę trzeba było walczyć? 
Nie chcę musieć walczyć, nie chcę siedzieć w okopach ani czekać na zaborcę. A jestem trybikiem w maszynie, i albo ucieknę, albo będę ponosić konsekwencje za kogoś, kto wypowiada nie moje słowa, nie moje zdania, nie moje myśli.

Patrzę codziennie na ludzką głupotę, stykam się z nią na każdym kroku. Jest tak niewiele osób, które ruszą dupę bez wiszącego bata, bez poganiania ich, wyłącznie ze zwykłej i teoretycznie najbardziej na świecie naturalnej chęci rozwiązania problemu. A przecież nie o wolontariat i czyny społeczne idzie. Chodzi o codzienność, o bycie życzliwym dla przypadkowych osób, nie tylko skrzywdzonych i cierpiących. O odpowiedzialność, o ciekawość świata i potrzebę ruszania z miejsca. O robienie czegoś nawet pomimo że inni tego nie robią, bo im się nie chce. 
Właśnie o tę chęć. 

"Słowo to zimny powiew
nagłego wiatru w przestworze;
może orzeźwi cię, ale
donikąd dojść nie pomoże."

Napiłabym się wódki. W parku.

Do posłuchania TU.

2 listopada 2014

Najważniejsze

To był tydzień pełen prawdy o życiu. 

W ciągu kilku dni moja rodzina zbiorowo zapadła na zapalenie płuc. Tak po prostu, cyk i już. Jednego dnia zdrowi, drugiego słaniający się na nogach. Do tej pory ogarniamy dwa domy, łącznie z obiadami, wizytami u lekarzy, a na końcu i ze szpitalem, w którym wylądowała siostrzenica. Łącznie legło 5 osób, więc z tatą w pewnym momencie nie wiedzieliśmy, za co się najpierw zabrać. Teraz trochę już wpadliśmy w rytm dnia, lecz nadal ręce myjemy chyba z 50 razy dziennie, obawiam się, że w końcu zetrę linie papilarne, miód wpierdalam przy każdej okazji, śmierdzę czosnkiem i nigdy nie jadłam tylu owoców co teraz. I pomyśleć, że  wcześniej myślałam, iż mam schizę - teraz to jest dopiero schiza! Wszelkie przejazdy komunikacją miejską odbywam sina na wdechu, bo gdy ktoś kaszlnie, to zwyczajnie mi się odcina dopływ powietrza :D

Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby 1 listopada na grób dziadka i babci pojechała tylko jedna osoba. Ten pierwszy raz nastąpił wczoraj, a tą osobą byłam ja. Oczywiście miasto zatkane, więc czułam się jak bohaterka misji na Marsa - 4h na całą operację. 

Nie byłam świadoma, jak wiele w funkcjonowaniu domu zależy od dyspozycji wszystkich. W momencie takiej pandemii wszystko wali się z tylu stron, że ciężko zdecydować, co podpierać najpierw. A do tego dochodzi strach. O wszystkich. Także o siebie, bo przecież trzeba się trzymać. 

W tym tygodniu całkiem jasno zostało nam pokazane, co jest najważniejsze. Priorytety przestawiły się absolutnie na niekorzyść pracy ;) Ale dowiedziałam się też trochę o sobie. Poza początkowym szokiem udało nam się względnie zapanować nad wszystkim. Nauczyłam się nawet robić owsiane ciasteczka i krem z dyni :) I był jeszcze czas na przyjemności - wycięcie dla siostrzeńca dyniowego potwora, pozbieranie kolorowych liści, wreszcie krwisto jazzowy koncert w kultowym Blue Note. 

Teraz skupiam się, by przetrwać kolejny tydzień. I zdołać wymyślić kolejne 7 obiadów dla 7 osób ;)
Mam ochotę na szampana. Ale to jeszcze trochę.

24 października 2014

Siedem dni świat

Bo wiecie... 
Sobotę spędziłam w Berlinie :D
Podkład muzyczny TU :)

W związku z tym, iż JeyZ ma ciężki rok, podczas którego przeszły mu koło nosa trzy wycieczki, a czwarta, najbardziej planowana, nie doszła do skutku, postanowiliśmy, że specjalnie dla niego nasz jeden dzień w Niemczech potrwa siedem dni, aby biedak poczuł się jak na prawdziwym tygodniowym urlopie.
To był trudny siedmiodniowy dzień! :D
Oczywiście rozpoczęliśmy go wjazdem od dupy strony, bo przecież JeyZ był w Berlinie jakieś 200 razy i nie mógł wjechać jak zwykle. Nie. My musieliśmy, podobnie jak rok temu w Pradze, zatrzymać się na środku krzyżówki, podumać, czy ufać intuicji, czy znakom, po czym pojechać w ciemno na spotkanie Przygody :D 
Na szczęście intuicja podpowiedziała tak dobrze, że znaleźliśmy się tuż przy murze. Od mojego poprzedniego pobytu nie zmieniło się wiele, poza niektórymi malunkami. Nawet pogoda była identyczna, czyli mglisto i ponuro. Pocałowaliśmy się pod słynnym pocałunkiem Breżniewa i Honeckera, następnie udaliśmy się na Alexanderplatz i tam zaparkowaliśmy z duszą na ramieniu, debatując, czy aby na pewno znak z godzinami oznacza brak strefy, a nie niemożność parkowania poza nimi. Ostatecznie uznaliśmy, że w razie czego zmartwimy się tym pod koniec dnia, i udaliśmy się na miasto. Idąc wzdłuż ratusza, prawie pobiliśmy się o moment robienia zdjęcia na tle Wieży Telewizyjnej. JeyZ trafił na mgłę, ja na przetarte niebo, Hiszpan też na przetarte, więc JeyZ z zazdrosnym fochem zażyczył sobie kolejne i tym sposobem zrobiłam mu dobrych kilka fotek. Wszystkie z wieżą we mgle :D
Po drodze minął nas specyficzny pojazd - czyli pub na kółkach. Piwosze kręcili pedałami, ktoś trzeźwy (chyba) kierował, a piwo płynęło niemal wprost do gardeł. Chcę :D Tylko wtedy jeszcze by się tam przydał kibel ;)
Dalej poszliśmy uroczą uliczką handlową, pełną kramików i pięknych knajpek, zadrzewioną i kameralną, z mnóstwem pamiątek ozdobionych symbolem z herbu, tj. misiem w każdej możliwej formie.

Następnie wkroczyliśmy na Wyspę Muzeów na rzece Sprewie, gdzie znajduje się katedra, cudowne Muzeum Pergamońskie, które muszę następnym razem zobaczyć w środku, Stare i Nowe Muzeum, Muzeum Bodego oraz Stara Galeria Narodowa. Całość otaczają malowniczo kanały, jest po prostu pięknie! Zwłaszcza w słońcu, które zdecydowało się wyjść i rozproszyć mgłę. Nic dziwnego, że Angela Merkel nadal mieszka nieopodal - widziałam jej okno :D
Z osobliwości - przy okazji fotografowania dowiedzieliśmy się, jak daleko za neandertalczykami jesteśmy z techniką. Wiecie, że jest kij do selfie? :D Przydałby się nam ewidentnie, bo w swej próżności każdy chciał widnieć na zdjęciu :D A zdjęcia robiliśmy wszędzie, w każdej możliwej konfiguracji, nawet z termosem z kawą, który chłopaki wieźli z Poznania. Przejście jednego skrzyżowania zajęło nam jakieś 20 minut, i wcale nie z powodu świateł, tylko sesji "w ruchu" :D

Gdy w końcu dotarliśmy na Unter den Linden, ujrzeliśmy coś a'la muzeum Ampelmanna - tego socjalistycznego ludzika, który pojawia się na sygnalizacji świetlnej dla pieszych zamiast "normalnego". W środku można było kupić pamiątki z tymże ludzikiem oraz - oczywiście :D - zrobić sobie fotki na mini-skrzyżowaniach z Ampelmannem :D 
Bramę Brandenburską niezmiennie oblegali turyści i działacze społeczni ze swoimi happeningami i megafonami. Po obowiązkowej słit foci udaliśmy się ku Pomnikowi Pomordowanych Żydów Europy. Kształt obiektów zainspirował nas do przycupnięcia i napicia się. Chłopaki znów wyciągnęli termos, ja spoczęłam na płycie, potem Hiszpan odłożył obok mnie torbę i położył się na pomniku, JeyZ odstawił obok torby termos i kawkę, i poszedł robić zdjęcia, a ja poczułam, że mam za mało przestrzeni. I tak jakoś tę torbę przesunęłam... przewracając termos, z którego prosto na pomnik wylało się jakieś 300 ml kawy...
... zbezcześciliśmy pomnik HOLOCAUSTU! Czego jak czego, ale HOLOCAUSTU! Zbierając w popłochu chusteczkami kapiący strumień, zgodnie doszliśmy do wniosku, iż do Izraela już nas nie wpuszczą. Hiszpan stworzył tę kawę, JeyZ odpowiednio ułożył i przygotował, ja zdetonowałam. Wszyscy jesteśmy zamieszani! Gdy nawet resztki nasiąkniętych chusteczek zaczęły zostawiać ślady, uciekliśmy w te pędy, by uniknąć rozstrzelania ;P
Ale najlepsze ciągle było przed nami. Na Potsdamer Platz wkroczyliśmy do pięknego i futurystycznego w kształcie Centrum Sony.
Chwilę odpoczęliśmy przy fontannie i obraliśmy kolejny cel, czyli Zoologischer Garten, słynny dworzec, niegdyś mekkę narkomanów i prostytutek. Widząc odległość, zaproponowałam przejazd metrem. Oczywiście najpierw się pogubiliśmy, potem obliczyliśmy, że to wyjdą trzy przystanki, czyli można kupić tańszy bilet, po czym okazało się, że przystanków było sześć, a nie trzy :D Czyli jechaliśmy pół drogi na gapę. I tak się rodzą stereotypy o Polakach :D Przy okazji odkryliśmy, że oszukują z metrem, bo z metra są... piękne widoki :D Jakiś czas jedzie się nie pod ziemią, a wysoko nad ziemią, widać rzekę, ogródki działkowe, bulwary i cudne budowle w oddali. 
U celu obejrzeliśmy niezwykły zegar wodny i Kościół Pamięci z celowo pozostawioną ruiną wieży - symbolem antywojennym. Tam też dopadł nas zachód słońca, więc... wiadomo - zdjęcia :D
Wracając metrem, zaczęliśmy łapać schizę pt. metro to inkubator dla zarazków, np. takiej eboli. W kulminacyjnym punkcie dyskusji ktoś zakasłał, więc jak na komendę mało elegancko, za to bardzo sugestywnie ukryliśmy twarze w kurtkach :D Przeciętni obserwatorzy pewnie uznali, że ktoś puścił bąka, zaś my prawie się udusiliśmy z przerażenia i śmiechu jednocześnie.

Po powrocie na Alexanderplatz poszliśmy do knajpy Georgbraeu, polecanej w moim przewodniku (ja bez przewodnika po prostu nie umiem funkcjonować! Psychicznie nie daję rady :D Zwłaszcza że ZAWSZE się przydaje! Tym razem pomógł kilka razy, łącznie z szukaniem metra.). W jednej z pięknych uliczek wzdłuż kanału mieściło się sporo zachęcających jadłodajni, ale ta oczarowała klimatem, gwarem i przede wszystkim - jedzeniem. Ja np. dostałam gołąbka, który wyglądał jak... golonka :D Taki wielki! Pycha! Kompletnie nie chciało nam się wracać, co zostało uwzględnione przez wyższą instancję, bowiem z miasta wyjeżdżaliśmy pełną godzinę. Po drodze mijaliśmy tłumy, co było moją zasługą, gdyż o poranku narzekałam na sterylny brak turystów i głuchą ciszę w mieście. Podobnie zresztą zasłużyłam się w knajpie - gdy kelnerka zaprowadziła nas cichcem do pustego skrzydła, marudziłam, że nie ma klimatu, bo tak bez ludzi. Po czym zwaliło się naraz chyba z 20 łbów. Od tamtej pory towarzysze mieli ochotę mnie zakneblować :D 
Przy wyjeździe trafiliśmy na ciekawą akcję świetlną - wszystkie ważniejsze budowle były oświetlone kolorami w kształcie np. kwiatów. Coś cudnego! Niezmiernie żałuję, że nie udało mi się tego uwiecznić. Zapamiętam to jednak dobrze, podobnie jak jazdę z głową wystawioną przez otwarte okno, w blasku ciepłego październikowego wieczoru. Jakże szybko minął ten siedmiodniowy dzień!