24 października 2020

Wrzuć na luz, jesteś w Afryce

Auto na Mauritiusie mieliśmy zarezerwowane na długo przed przylotem, i choć było z tym trochę nerwów, to na szczęście mimo późnej godziny przylotu bezproblemowo odebraliśmy je na lotnisku. Miało być wygodne, solidne, bez szaleństw typu Alfa Romeo, bo nas nie stać. 

Za kierownicą zasiadł JeyZ i przez długą chwilę byliśmy pewni, że nasz przyjaciel ma zapalenie mózgu albo urżnął się w ukryciu z udręki podczas tego wysoce ujebliwego lotu. Z racji bowiem tropikalnego deszczu, który przewalał się właśnie przez stolicę Mauritiusa, wypadało jechać z włączonymi wycieraczkami. Niestety przy każdej zmianie pasa i włączaniu kierunkowskazu z wycieraczkami przedniej szyby działo się coś dziwnego. Albo się wyłączały, albo przełączały na ekspresowe tempo, ni cholery nie mogliśmy tego zrozumieć, sprawę znacząco utrudniał fakt, że szyby z powodu ekstremalnej wilgotności i temperatury totalnie nam parowały i kompletnie nic nie było widać. W końcu JeyZ jednak pojął, w czym rzecz. Otóż w aucie tym były zamienione miejscami kierunkowskazy i włączniki wycieraczek. I nie miało znaczenia, iż był to samochód do jazdy lewostronnej (taki ruch obowiązuje na całej wyspie). Chłopacy mieszkają w Wielkiej Brytanii, więc są do takowego przyzwyczajeni, ale mimo to nigdy nie spotkali się z tak ekstremalną odmianą :D Która skutkowała tym, iż przy każdej zmianie pasa niezależnie od pogody najpierw szły wycieraczki, a dopiero potem światła :D Sytuacja ustabilizowała się po kilku dniach, gdy ster przejął Cudak. JeyZ do końca urlopu nie pojął tej trudnej sztuki :D Za to na automatyczną skrzynię biegów i brak jakiegokolwiek przyspieszenia narzekali obaj solidarnie, natomiast nikt z nas przez pierwsze dni nie wiedział, czym my w ogóle jeździmy, dopiero później zorientowaliśmy się, że to, co uznaliśmy za jakieś dziwne maziaje, to nazwa auta, która brzmi: Perodua Bezza :D Z miejsca zatem zostało przechrzczone na Pierdoła Beza. Pierdoła, bo nie miało pierdolnięcia, a Beza, bo było białe i... no takie jak beza :D 

Pierwszego dnia, po 4 godzinach snu, nieco wczorajsi zwlekliśmy się na śniadanie. Restauracja hotelowa była otwarta, bez ścian, tylko pod strzechą, i działała w formie szwedzkiego stołu, co prędko wprawiło nas w szampański nastrój (wiadomo, wtedy można się zdecydowanie bardziej najeść). O jedzeniu w hotelu napiszę jednak później zbiorczo, bo zaprawdę jest o czym! 

Tymczasem po tak pozytywnym rozpoczęciu dnia udaliśmy się na plażę nieopodal, z mocnym postanowieniem zażycia kolejnej dawki snu. 

... o którym prędko zapomnieliśmy, mając przed oczami taki widok!

Okazało się, że ten przylądek nie taki nieszczęśliwy... Mieniący się mnóstwem odcieni turkusu ocean, niesamowita skalna wyspa w oddali, brzeg porośnięty palmami i mnóstwem nieznanych mi egzotycznych roślin... JeyZ i Kuli ostatecznie przeszli jednak w stan czuwania, my zaś z Cudakiem poczuliśmy zew włóczykijstwa. Nawet niebywale wygodne leżaki nie zdołały nas zatrzymać na dupsku. Po początkowej eksploracji nadbrzeżnych skał i pierwszej sesji zdjęciowej ruszyliśmy na zwiad. Plaża ciągnęła się dość daleko, było dość pochmurno, ale tak gorąco, że w całym zmęczeniu i jednoczesnym podekscytowaniu nie przewidzieliśmy, co takie chmury mogą oznaczać. Maszerowaliśmy raźno, gnani odkrywaniem nieznanego, podziwianiem kolorowych ptaków, hinduskich figurek, powtykanych w dość nieoczekiwanych miejscach, fruwających ważek, imprezy lokalsów, a tymczasem nad nami coraz bardziej kłębiły się ciemne chmury. Byliśmy już kawał drogi od domu, gdy zaczęło padać. Najpierw uznaliśmy to wręcz za błogosławieństwo po spiekocie, ale intensywność opadu wzrastała, wiatr wiał coraz zimniej, a my tylko w odzieniu plażowym... Nie uszliśmy daleko, gdy rozszalała się rzęsista ulewa. Skryliśmy się w kucki pod... łodzią :D Ustawioną na podwyższeniu na piasku :D Niewiele nam to jednak dało, bo deszcz siekł praktycznie wszędzie, więc po dłuższej chwili stwiedziliśmy, że trudno, trzeba iść. Zmokliśmy do gaci (choć to akurat nie było trudne), z włosów i nosów kapała nam woda, i tacy znękani i przemarznięci (! na MAURITIUSIE! :D) wróciliśmy do reszty ekipy, by stwierdzić, że tam nie spadła ani kropelka! 

Dalszą część dnia spędziliśmy w naszym ośrodku hotelowym. Zgodnie uznaliśmy, że nawet bez możliwości zwiedzania wyspy i tak bylibyśmy tam szczęśliwi. Wyglądał nawet lepiej niż w katalogu, z mnóstwem krętych dróżek, wspaniałą roślinnością, basenami pięknie wkomponowanymi w otoczenie oraz licznymi zakamarkami z możliwością biesiadowania i spędzania czasu. Wszędzie pozdrawiał nas uśmiechnięty i życzliwy personel, gości nie było jakoś szczególnie dużo, cisza i spokój... 

Po południu postanowiliśmy poszukać sklepu. Nie mieliśmy all inclusive, tylko śniadania i kolacje, więc Cudak i ja bez dodatkowego jedzenia zdechlibyśmy z głodu, przy czym ogromnie cieszyliśmy się ze swojego towarzystwa, ponieważ Kuli i JeyZ najwyraźniej lubili głodować w ciągu dnia, więc każde z nas bez tej drugiej osoby nie spotkałoby się ze zrozumieniem pozostałych. A tak przynajmniej mogliśmy się wspierać w naszych kulinarnych żądaniach ;) Cudak zaczął poszukiwania sklepu w internecie i po dłuższej chwili obwieścił, że na Mauritiusie jest Tesco! Wprawdzie godzinę jazdy stąd, ale zawsze to cywilizacja. Wsiedliśmy do Pierdoły i z zachwytem przemierzyliśmy pół wyspy, co zajęło nam nie godzinę, a dwie. Zbliżaliśmy się do celu, gdy nagle nawigacja kazała skręcić w jakieś totalne slumsy, między baraki, i oznajmiła z dumą "Jesteś na miejscu". 

WHAT?

Przed naszymi oczami był, owszem, sklep. Sklepik raczej. A w sumie taki bardziej... garaż. W środku na oko z 6m2, przed garażem wystawiony straganik, a nad nim dumny szyld pt.... no cóż, owszem, TESCO :D Internet nie kłamał... Chociaż nie jestem pewna, czy owo Tesco aby na pewno należało do TEJ sieci. No ale może jakaś miękka franczyza... :D

Po kilku minutach niedowierzania przechodzącego w kulanie ze śmiechu postanowiliśmy jednak się wycofać, nawet zdjęcia nie zrobiliśmy z wrażenia, albowiem pod sklepem stanęła jakaś groźnie wyglądająca starsza pani i obrzuciła nas surowym wzrokiem. W slumsach na afrykańskiej wyspie na końcu świata może niekoniecznie dobrze jest zadzierać z lokalnymi starszymi paniami...

W drodze powrotnej uznaliśmy, że warto zatankować, stacja benzynowa się pojawiła, wjechaliśmy na nią, ale benzyny nie mieli. No bo czemu mieliby mieć, czy ktoś powiedział, że na stacji benzynowej musi być benzyna? Na drugiej stacji benzyna o dziwo była, i nawet wyglądało na to, że mają sklep spożywczy. Gdy weszliśmy do środka, okazało się, że w sklepie znajduje się wyłącznie płyn do chłodnic, plus w lodówce kilka butelek wody do picia, przy czym jedna była otwarta i upita :D Tak zwany sklep jednobranżowy ;)

Po tym pierwszym zderzeniu z afrykańskim folklorem wróciliśmy na kolację, przy której DJ karmił nas światowymi hitami, więc do pokoju wracaliśmy przy jakże adekwatnym "Happy" Pharella Williamsa. Luz Afryki wyjątkowo przypadł nam do gustu i to uczucie nie opuszczało nas już do samego końca wakacji!