15 grudnia 2020

Podwójna osiemnastka

Tyle lat minęło, a ja ciągle tym samym się przejmuję, to samo mnie denerwuje, stresuje, smuci.

... ale też i cieszy, śmieszy, wzrusza... I, jak się okazało - potrafię się zakochać tak, jakby tych lat wcale nie było ;) Czyli jak na podwójną osiemnastkę przystało - i oby tak zostało :D 

(Choć w wieku 18 lat nie dorobiłabym swojemu chłopakowi kluczy do mojego domu, więc jednak jest jakiś znak upływającego czasu. Plus trochę zmarszczek, wielkie rzeczy ;) )

24 października 2020

Wrzuć na luz, jesteś w Afryce

Auto na Mauritiusie mieliśmy zarezerwowane na długo przed przylotem, i choć było z tym trochę nerwów, to na szczęście mimo późnej godziny przylotu bezproblemowo odebraliśmy je na lotnisku. Miało być wygodne, solidne, bez szaleństw typu Alfa Romeo, bo nas nie stać. 

Za kierownicą zasiadł JeyZ i przez długą chwilę byliśmy pewni, że nasz przyjaciel ma zapalenie mózgu albo urżnął się w ukryciu z udręki podczas tego wysoce ujebliwego lotu. Z racji bowiem tropikalnego deszczu, który przewalał się właśnie przez stolicę Mauritiusa, wypadało jechać z włączonymi wycieraczkami. Niestety przy każdej zmianie pasa i włączaniu kierunkowskazu z wycieraczkami przedniej szyby działo się coś dziwnego. Albo się wyłączały, albo przełączały na ekspresowe tempo, ni cholery nie mogliśmy tego zrozumieć, sprawę znacząco utrudniał fakt, że szyby z powodu ekstremalnej wilgotności i temperatury totalnie nam parowały i kompletnie nic nie było widać. W końcu JeyZ jednak pojął, w czym rzecz. Otóż w aucie tym były zamienione miejscami kierunkowskazy i włączniki wycieraczek. I nie miało znaczenia, iż był to samochód do jazdy lewostronnej (taki ruch obowiązuje na całej wyspie). Chłopacy mieszkają w Wielkiej Brytanii, więc są do takowego przyzwyczajeni, ale mimo to nigdy nie spotkali się z tak ekstremalną odmianą :D Która skutkowała tym, iż przy każdej zmianie pasa niezależnie od pogody najpierw szły wycieraczki, a dopiero potem światła :D Sytuacja ustabilizowała się po kilku dniach, gdy ster przejął Cudak. JeyZ do końca urlopu nie pojął tej trudnej sztuki :D Za to na automatyczną skrzynię biegów i brak jakiegokolwiek przyspieszenia narzekali obaj solidarnie, natomiast nikt z nas przez pierwsze dni nie wiedział, czym my w ogóle jeździmy, dopiero później zorientowaliśmy się, że to, co uznaliśmy za jakieś dziwne maziaje, to nazwa auta, która brzmi: Perodua Bezza :D Z miejsca zatem zostało przechrzczone na Pierdoła Beza. Pierdoła, bo nie miało pierdolnięcia, a Beza, bo było białe i... no takie jak beza :D 

Pierwszego dnia, po 4 godzinach snu, nieco wczorajsi zwlekliśmy się na śniadanie. Restauracja hotelowa była otwarta, bez ścian, tylko pod strzechą, i działała w formie szwedzkiego stołu, co prędko wprawiło nas w szampański nastrój (wiadomo, wtedy można się zdecydowanie bardziej najeść). O jedzeniu w hotelu napiszę jednak później zbiorczo, bo zaprawdę jest o czym! 

Tymczasem po tak pozytywnym rozpoczęciu dnia udaliśmy się na plażę nieopodal, z mocnym postanowieniem zażycia kolejnej dawki snu. 

... o którym prędko zapomnieliśmy, mając przed oczami taki widok!

Okazało się, że ten przylądek nie taki nieszczęśliwy... Mieniący się mnóstwem odcieni turkusu ocean, niesamowita skalna wyspa w oddali, brzeg porośnięty palmami i mnóstwem nieznanych mi egzotycznych roślin... JeyZ i Kuli ostatecznie przeszli jednak w stan czuwania, my zaś z Cudakiem poczuliśmy zew włóczykijstwa. Nawet niebywale wygodne leżaki nie zdołały nas zatrzymać na dupsku. Po początkowej eksploracji nadbrzeżnych skał i pierwszej sesji zdjęciowej ruszyliśmy na zwiad. Plaża ciągnęła się dość daleko, było dość pochmurno, ale tak gorąco, że w całym zmęczeniu i jednoczesnym podekscytowaniu nie przewidzieliśmy, co takie chmury mogą oznaczać. Maszerowaliśmy raźno, gnani odkrywaniem nieznanego, podziwianiem kolorowych ptaków, hinduskich figurek, powtykanych w dość nieoczekiwanych miejscach, fruwających ważek, imprezy lokalsów, a tymczasem nad nami coraz bardziej kłębiły się ciemne chmury. Byliśmy już kawał drogi od domu, gdy zaczęło padać. Najpierw uznaliśmy to wręcz za błogosławieństwo po spiekocie, ale intensywność opadu wzrastała, wiatr wiał coraz zimniej, a my tylko w odzieniu plażowym... Nie uszliśmy daleko, gdy rozszalała się rzęsista ulewa. Skryliśmy się w kucki pod... łodzią :D Ustawioną na podwyższeniu na piasku :D Niewiele nam to jednak dało, bo deszcz siekł praktycznie wszędzie, więc po dłuższej chwili stwiedziliśmy, że trudno, trzeba iść. Zmokliśmy do gaci (choć to akurat nie było trudne), z włosów i nosów kapała nam woda, i tacy znękani i przemarznięci (! na MAURITIUSIE! :D) wróciliśmy do reszty ekipy, by stwierdzić, że tam nie spadła ani kropelka! 

Dalszą część dnia spędziliśmy w naszym ośrodku hotelowym. Zgodnie uznaliśmy, że nawet bez możliwości zwiedzania wyspy i tak bylibyśmy tam szczęśliwi. Wyglądał nawet lepiej niż w katalogu, z mnóstwem krętych dróżek, wspaniałą roślinnością, basenami pięknie wkomponowanymi w otoczenie oraz licznymi zakamarkami z możliwością biesiadowania i spędzania czasu. Wszędzie pozdrawiał nas uśmiechnięty i życzliwy personel, gości nie było jakoś szczególnie dużo, cisza i spokój... 

Po południu postanowiliśmy poszukać sklepu. Nie mieliśmy all inclusive, tylko śniadania i kolacje, więc Cudak i ja bez dodatkowego jedzenia zdechlibyśmy z głodu, przy czym ogromnie cieszyliśmy się ze swojego towarzystwa, ponieważ Kuli i JeyZ najwyraźniej lubili głodować w ciągu dnia, więc każde z nas bez tej drugiej osoby nie spotkałoby się ze zrozumieniem pozostałych. A tak przynajmniej mogliśmy się wspierać w naszych kulinarnych żądaniach ;) Cudak zaczął poszukiwania sklepu w internecie i po dłuższej chwili obwieścił, że na Mauritiusie jest Tesco! Wprawdzie godzinę jazdy stąd, ale zawsze to cywilizacja. Wsiedliśmy do Pierdoły i z zachwytem przemierzyliśmy pół wyspy, co zajęło nam nie godzinę, a dwie. Zbliżaliśmy się do celu, gdy nagle nawigacja kazała skręcić w jakieś totalne slumsy, między baraki, i oznajmiła z dumą "Jesteś na miejscu". 

WHAT?

Przed naszymi oczami był, owszem, sklep. Sklepik raczej. A w sumie taki bardziej... garaż. W środku na oko z 6m2, przed garażem wystawiony straganik, a nad nim dumny szyld pt.... no cóż, owszem, TESCO :D Internet nie kłamał... Chociaż nie jestem pewna, czy owo Tesco aby na pewno należało do TEJ sieci. No ale może jakaś miękka franczyza... :D

Po kilku minutach niedowierzania przechodzącego w kulanie ze śmiechu postanowiliśmy jednak się wycofać, nawet zdjęcia nie zrobiliśmy z wrażenia, albowiem pod sklepem stanęła jakaś groźnie wyglądająca starsza pani i obrzuciła nas surowym wzrokiem. W slumsach na afrykańskiej wyspie na końcu świata może niekoniecznie dobrze jest zadzierać z lokalnymi starszymi paniami...

W drodze powrotnej uznaliśmy, że warto zatankować, stacja benzynowa się pojawiła, wjechaliśmy na nią, ale benzyny nie mieli. No bo czemu mieliby mieć, czy ktoś powiedział, że na stacji benzynowej musi być benzyna? Na drugiej stacji benzyna o dziwo była, i nawet wyglądało na to, że mają sklep spożywczy. Gdy weszliśmy do środka, okazało się, że w sklepie znajduje się wyłącznie płyn do chłodnic, plus w lodówce kilka butelek wody do picia, przy czym jedna była otwarta i upita :D Tak zwany sklep jednobranżowy ;)

Po tym pierwszym zderzeniu z afrykańskim folklorem wróciliśmy na kolację, przy której DJ karmił nas światowymi hitami, więc do pokoju wracaliśmy przy jakże adekwatnym "Happy" Pharella Williamsa. Luz Afryki wyjątkowo przypadł nam do gustu i to uczucie nie opuszczało nas już do samego końca wakacji!

10 sierpnia 2020

Jedyne takie Andrzejki

Gdy w sierpniu zeszłego roku, po długich namowach i nerwowym ustalaniu, czy mnie na to stać, wybraliśmy w końcu kierunek wakacji, byłam pewna, że popełniam właśnie piramidalny błąd. Miałam dziwne przeświadczenie, że będą to moje ostatnie wakacje w życiu, że odwołają lot, lub, co gorsza, samolot rozbije się z nami w środku, że dopadną nas wszystkie choroby, że nadejdzie cyklon i utkniemy już na zawsze na drugim krańcu świata... Na samą myśl o urlopie skręcało mi wnętrzności, i z pewnością nie pomógł mi fakt zakupienia przewodnika książkowego. Znalazłam w nim naszą miejscowość, ucieszona zaczęłam czytać i... mało się nie udusiłam z przerażenia, gdy trafiłam na tłumaczenie jej nazwy.

Jako "Nieszczęśliwy Przylądek". 

(I tu zapadła w mojej głowie grobowa cisza.)

No teraz to już byłam całkowicie pożegnana z życiem. Nie ma, przepadło, kres jest bliski, żegnajcie przyjaciele, miło było poznać...

Po 3 miesiącach tego jakże radosnego oczekiwania wreszcie nadszedł grudzień. W międzyczasie zmieniono nam godzinę wylotu z 19 na 9 rano, i to bynajmniej nie następnego dnia, ale zamiast ucieszyć się takim niespodziewanym darem od losu w postaci dodatkowej połowy doby na wakacjach, my rzecz jasna rozpędziliśmy się z narzekaniu, jak to nam psuje cały misterny plan dotarcia do Warszawy, skąd mieliśmy odlatywać, i gdzie do diabła przeczekamy już na miejscu te kilka godzin do świtu. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że pojedziemy do rodziców Cudaka już w przeddzień, tam przenocujemy i będziemy mieć bliżej do stolicy. Chłopacy przylatywali w tym właśnie dniu do Polski, przy czym musieli z Coventry pojechać do Birmingham, stamtąd lecieli do Bydgoszczy, z Bydgoszczy do Gniezna do domu JeyZ, z Gniezna do Poznania po mnie i Kuli, a potem już "tylko" na Mazowsze. Było co najmniej tysiąc możliwości, by coś nie poszło, ale poza tym, że chłopacy spóźnili się po nas 2 godziny, cała reszta zagrała, co przyjęliśmy ze szczerym zadziwieniem. I tak właśnie 29 listopada 2019 roku w dresach i z toną lekarstw (czwórka Strzelców hipochondryków ze służby zdrowia - to zobowiązuje) stanęliśmy przy skrzydle Dreamlinera.
Staliśmy tam dobre 10 minut, ponieważ było ci to wszystko tak zmyślnie zorganizowane, że zamiast wpuszczać ludzi na raty, obsługa wolała upchnąć wszystkich naraz na płycie lotniska, żeby sobie czekali na zimnie i wietrze, wdychając ostatnią woń ojczyzny. Nie był to dobry omen, ale daliśmy im szansę, czekając niecierpliwie na możliwość włączenia ekranu z platformą filmową i muzyczną, który każdy pasażer miał przed sobą na oparciu. Szybko jednak okazało się, że z techniką nam nie po drodze. Mój ekran był tak wyrobiony dotykowo, że reagował dopiero przy wielokrotnym wciskaniu palucha siłą, więc przy każdej takiej akcji czekałam tylko, aż ten ktoś siedzący przede mną wstanie i mi przypierdoli. Wszyscy jak jeden mąż mieliśmy też problem ze zlokalizowaniem gniazdka do słuchawek. Teoretycznie znajdowało się w ekranie, w praktyce - nie działało nikomu. W końcu cały samolot zaczął się solidarnie a dyskretnie rozglądać, jak radzą sobie współplemieńcy, aż wreszcie jeden nie wytrzymał i zapytał panią z obsługi, która pokazała gniazdko w... podłokietniku. I to od spodu. Z ulgą przyjęliśmy owo rozwiązanie, niestety Kuli nawet ta konfiguracja nie działała i biedula miała w perspektywie 11 godzin kompletnej ciszy (nie licząc naturalnych odgłosów ludzkich i samolotowych, które jednak nie należą do najwspanialszych doświadczeń). Po jakichś 5 godzinach jednak okazało się, że wkładała kabel w niewłaściwe gniazdko, i po drobnej korekcie tegoż również mogła skorzystać z dobrodziejstw jakże super nowoczesnego sprzętu, co przyjęliśmy z niewypowiedzianą ulgą (Strzelec zły to Strzelec z rodzaju atomowego grzyba).
Obsługa była okropna. Naburmuszona, z piciem przejechała się 2 razy, a gdy chcieliśmy z JeyZ zamówić herbatę, to pani, owszem, przyszła, ale tylko po to, by powiedzieć, że po herbatę to se musimy pójść sami na koniec samolotu! Byliśmy tak zszokowani, że nawet tego nie skomentowaliśmy, tylko faktycznie grzecznie poszliśmy, chcąc doświadczyć tego, czego z pewnością doświadczyło niewielu. Otóż na tyłach samolotu znajduje się pomieszczenie z kranem i całą masą kuchenek mikrofalowych. Pani włożyła łaskawie torebki herbaty do kubków i zalała wrzątkiem, a całość nam wręczyła. Musieliśmy się doprosić nawet o łyżeczkę, bo zapewnienie jej zawczasu było widocznie zbędnym wysiłkiem (przy czym była to herbata płatna, nie że sępiliśmy za darmoszkę), po czym przejść z tym wrzątkiem przez pół samolotu, gdzie mogło wydarzyć się dosłownie wszystko, co uniemożliwiłoby nam bezbolesne i w suchym odzieniu dotarcie na miejsce. Tym razem się nie wydarzyło, ale serio...? LOT...??!!! WTF...???!!!

Byliśmy tak zbulwersowani żenującym poziomem obsługi, który nas tam spotkał, że z wrażenia nie zasnęliśmy ani na chwilę. PRZEZ 11 GODZIN LOTU!!!!
Gdy pod koniec podróży podano nam w ramach drugiego posiłku niemal zamrożone, lodowate gumiaste buły, nawet nas to już nie zszokowało. Zdziwić zdziwiło, ale wcześniejsza herbata jednak dobrze nas przygotowała na takie tematy. Był to najgorszy pod względem obsługi lot w moim życiu, a warto wspomnieć, iż do tej pory latałam wyłącznie tanimi liniami :D Na coś jednakowoż ów bulwers się przydał, mianowicie 11h zleciało tak, że nawet nie zdążyło nas uwierać w siedzenie.

(W tym momencie przyda się już motyw muzyczny - Jain "Makeba" - do posłuchania TU).

Wytaszczyliśmy się z samolotu z ulgą, która trwała dwie sekundy - dokładnie tyle umysł potrzebował, by poinformować z wrzaskiem, że JEST JAKBY TROCHĘ GORĄCO DO CHOLERY. Eksplozję w mózgu potęgował fakt, że przylecieliśmy w botkach, ciepłych dresach, a pod pachą trzymając kurtki puchowe, zaś na miejscu o godzinie 1 w nocy powitało nas wesoło... 27 stopni Celsjusza. Mieliśmy też dziwne wrażenie, że na lotnisku nie działała klimatyzacja, do czego przychylała się również obsługa lotniska - gdy podeszłam do kontroli paszportowej i położyłam dokument na ladzie, celnik nawet nie pofatygował się, żeby wyciągnąć rękę i go zabrać. Znudzony czekał. Najwyraźniej zrobiłam to zbyt niestarannie, za daleko i w ogóle to kiedy ci zasrani turyści w końcu się nauczą, że dokumenty trzeba przesunąć po ladzie tak, by nie trzeba było wyciągać ręki o 20 cm, tylko o 10 cm.

Gdy podsunęłam dalej, odległość została zaakceptowana i wbito mi do paszportu pierwszą w życiu pieczątkę. Z wizerunkiem Dodo. 

Dotarliśmy do hotelu około 3 w nocy (a jakim środkiem transportu, to się jeszcze okaże), i kompletnie wykończeni stanęliśmy... u wrót raju. Przywitał nas śliczny pan, z radosnym uśmiechem usadził na kanapach, po chwili przygalopował z owocowymi koktajlami i nawilżonymi chłodnym pachnącym płynem ręczniczkami do odświeżenia, załatwiliśmy wstępne formalności i, tak rozpieszczeni, nie wytrzymaliśmy. Po praktycznie dobie w podróży-  poszliśmy na plażę. 

4 rano, 26 stopni Celsjusza, delikatna bryza, głęboka ciemność Oceanu Indyjskiego, szum fal, koktajle, piasek pod stopami. Ot i takie Andrzejki. 

Na Mauritiusie!!!!!!!!!!!!!

21 maja 2020

Na A

13. 

Jakoś nigdy nie bałam się tej liczby, właściwie zawsze byłam pod tym względem trochę przekorna.

Mój blog ma już tyle lat, a ja ciągle odczuwam radość pisania, choć może tego nie widać - niemniej teraz mam szczególny powód długiej przerwy!

Zawsze zdumiewała mnie sprawczość własnych myśli. Nauczyłam się jednak obwarowywać swoje życzenia wieloma dopracowanymi szczegółami, bo ilość marzeń, które spełniły mi się w sposób, nieco, hm, odbiegający od pierwotnego zamiaru, zaiste robi wrażenie. 
Nie wiem, czy tu nie zabrakło jakiegoś warunku, najpewniej tak, bo przecież nie ma ideałów. Póki co jednak... mam nadzieję, iż fortuna nie będzie mi miała za złe, nie na tyle, by zemścić się na mnie tak, jak to miała zwykle w zwyczaju, gdy cichutko napomknę, że poznałam kogoś... Kogoś dobrego, kochanego, niezwykłego. Mężczyznę, który się o mnie troszczy, który potrafi rozbawić mnie do łez, który kocha podróżować i smakować, zarówno żarcie, jak i szeroko pojęte życie. 

Więcej na razie zwyczajnie boję się napisać. Natomiast mój brak pisania wynika głównie z tego, że spotykamy się w każdej wolnej chwili, a zaprawdę powiadam Wam, że nam się to zwyczajnie należy, albowiem w dobie kwarantanny z powodu pandemii koronawirusa, w pierwszym miesiącu znajomości, nie licząc pierwszego spotkania na balu przebierańców (on robił za drwala, ja za króliczka Playboya :D), widzieliśmy się raptem RAZ! 
... choć był to pamiętny raz, i wcale nie z powodów intymnych, bo nic z tych rzeczy! Po prostu pierwsza regularna randka polegała na rozmowie, której długość przeszła najśmielsze wyobrażenia, a dotarło to do nas dopiero wtedy, gdy przyszło do płacenia za parking za... 7 godzin! I było to 7 godzin nieustającego gadania jedno przez drugie! 

W kolejnych dniach niestety wybuchła panika COVID, a że pracuję w szpitalu, to przerażenie nasze było zgoła zwielokrotnione, jako że każde z nas boi się o swoich bliskich, dlatego dalsze kontakty przenieśliśmy na długo do rzeczywistości wirtualnej. Słowo daję, ja to nie mogę mieć nigdy normalnie. Nie. Zwykły człowiek najpierw zapoznaje się w internecie, a dopiero potem idzie do knajpy na spotkanie. U mnie oczywiście musi być odwrotnie. Nawet gdy już spotkam świetnego faceta, i to jakimś cudem NA ŻYWO, to świat tak bardzo nie może sobie z tym poradzić, że aż wybucha pandemia i nie mogę mieć dalszych randek jak każdy, tylko nagle z realu muszę się przemieścić do wirtualnych komunikatorów. Kompletny absurd. A jak już mam tę wyszarpaną randkę, to na ławce, wróć, na DWÓCH RÓŻNYCH ławkach w parku i z maseczką na gębie! Koronawirus najlepszą przyzwoitką świata :D 

Ale żeby nie było tak słodko, to parę dni temu dowiedziałam się, że moja bardzo dobra koleżanka, z którą uczyłam się tworzyć bukiety w szkole, z którą spędziłam mnóstwo godzin na inspirujących rozmowach, która była jedną z bardziej odważnych osób, jakie znam - nie żyje. Zmarła w nieznanych mi okolicznościach, co tylko utrudnia poradzenie sobie z tą świadomością. Wydaje mi się to tak abstrakcyjne, że aż brakuje mi porównania...

Jak to mawia zatem mój mężczyzna (a wyrażenie to jest dla mnie równie abstrakcyjne): tak to właśnie na tym świecie radość się ze smutkiem plecie... 

Mam jednak nadzieję, że w dalszych latach mimo wszystko bilans będzie bardziej na plus. Tego życzę sobie i mojej blogowej, całkiem już dużej latorośli.

9 lutego 2020

Klamra

Wracając do Irlandii...
... Pogoda nie rozpieszczała do samego końca, ale zdążyłyśmy jeszcze obejrzeć wybrzeże w Rosscarbery oraz stary kościół z moją odwieczną fascynacją - czyli oczywiście cmentarzem. Zauważyłam, że sporo grobów w zastępstwie za płytę nagrobną było obsypanych... kolorowymi kamykami. Powtarzało się to zresztą również w innych miejscach pochówku - najwyraźniej taki zwyczaj. 

Na Owenahincha Beach zdołałyśmy jedynie zrobić kilka zdjęć, i już w sporym tempie zmierzała ku nam ołowiana chmura. Podjechałyśmy w ulewie do mamy Kociej - uroczy dom z fioletowymi okiennicami i mnóstwem kwitnących roślin, wyrastający w środku niczego, dosłownie w polu, jak okiem sięgnąć nikogo wokół. Niebo nagle rozświetliło słońce, a gospodyni w słomkowym kapeluszu z kwieciem z zapałem sadziła surfinie. Tam wykorzystuje się do maksimum każdą okazję bez deszczu. I najczęściej w deszczu wszystko się kończy ;)
 
Ostatniego wieczoru Kocia postanowiła powtórzyć imprezę i znów zagnała nas na disco. Czekałyśmy grzecznie w części pubowej na otwarcie parkietu...
... które nie nastąpiło :D Z nieznanych przyczyn (no bo przecież chyba nie z powodu ulewy??) potańcowki nie było w planach, o czym najwyraźniej wiedzieli wszyscy prócz nas, ponieważ poza obsługą nie uświadczyło się tam żywej duszy :D Cóż było robić... Wiadomo, że pić!
Nieopodal znajdował się fantastyczny klub muzyczny De Barra's Folk Club, który urzekał starymi murami, kryjącymi liczne zakamarki, muzyką na żywo oraz tonącą w roślinności częścią z antresolą. Po skonsumowaniu piwa przeniosłyśmy się do maleńkiego, lecz również obdarzonego intymnymi zakątkami, bardzo typowego irlandzkiego pubu An Teach Bag. To takie "must see" w Clonakilty, podobno najstarszy pub w mieście, w którym mieszkańcy nie tylko spożywają trunki, ale przede wszystkim - śpiewają. Totalny czad! Typowe irolskie zaśpiewy a capella, przy świecach, średnia wieku grubo po pięćdziesiątce, i my zatopione w tym wszystkim, w kąciku, przy Guinnessie, gdy za oknem ciemność i strugi deszczu. Nie można sobie wymarzyć bardziej irlandzkiego klimatu! 
Klimat ów zmienił się radykalnie następnego dnia, gdy ostatni raz przed odlotem przeszłyśmy się po miasteczku. Słońce świeciło radośnie i wielu lokalsów założyło nawet krótkie sukienki i szorty (my oczywiście w kurtkach :D). Na ulicy grał pięknie na gitarze uśmiechnięty starszy pan, który w swoim dorobku miał nawet kilka wydanych płyt.
Żal było opuszczać ten zielony kraj... 
To był jeden z najbardziej wyluzowanych wyjazdów w moim życiu. A wcale nie musiał być, bowiem już drugiego dnia pobytu zaczął mnie boleć ząb. Najpierw nieśmiało, potem coraz bardziej ochoczo, aż doszło do tego, że zwykła tabletka przeciwbólowa starczała na jakieś pół godziny. Przy wchodzeniu na klif miałam nawet moment, w którym pociemniało mi w oczach i z trudem ustałam na nogach z bólu. Uratował mnie polski Ketonal, którego cały zapas będę musiała teraz odkupić Kociej, gdyż jadłam go potem do samego końca regularnie co 12 godzin :D (a w Poznaniu czekało mnie leczenie kanałowe...)
Nie byłam jednak odosobniona w bólu. Kocia się przeziębiła i bolało ją gardło, Jasper narzekała na brzuch, a E. zaszkodził nadmiar cukru z lodów. 
Lek miałyśmy uniwersalny. Abstynencja absolutnie nie wchodziła w grę, niezależnie od dolegliwości. Po końcowym podliczeniu wyszło, że wyżłopałyśmy łącznie 88 puszek piwa... nie licząc tych wypitych na mieście :D Pewnie był to jeden z czynników wyluzowania... ale na pewno nie jedyny. Przywiozłam do domu cząstkę tego stanu - irlandzki magnes z życiowym drogowskazem. Takie polskie "miej wyjebane, a będzie ci dane", tylko ubrane bardziej poetycko :D 
Po odprawie na lotnisku w Cork poszłyśmy do sklepu po wodę. Oglądałyśmy jeszcze pudełka z czekoladkami i inne drobiazgi, gdy nagle naszych uszu dobiegła rozlegająca się z głośników rytmiczna, dobrze znana przyśpiewka...

..."Boom boom boom boom (...)"!

... klamra kompozycyjna tego wyjazdu zapięła się :D

6 stycznia 2020

Wsiąść do pociągu byle jakiego....

Najwyraźniej w ostatnie popołudnie 2019 roku prowadziła mnie właśnie ta piosenka, albowiem istotnie wsiadłam do pociągu, który może i stał na dobrym peronie, lecz zapomniałam spojrzeć, czy zaiste jest to TEN pociąg. Ale po co się kogoś zapytać, nawet robiąc z siebie debila. Albo po co wysiąść i sprawdzić, nawet robiąc z siebie debila i w tym wypadku. Lepiej poczekać, aż może ruszy o właściwej godzinie, bo to na pewno oznacza, że jednak jedzie w dobrą stronę :D 

... na szczęście był to mimo wszystko TEN pociąg, natomiast pomyłkę zaliczyła Brasil, która wyszła po mnie na peron pociągu jadącego w przeciwną stronę :D 
Dalej było już tylko super, podylaliśmy sobie w domu z opaskami tęczowych jednorożców i w peruce, w której każdy z nas wyglądał jak bliski krewny Chewbacca, choć omal nie przegapiliśmy północy, z przeżarcia i bulwersacji określeniem "gołąpy" na gołębie w "Matura to bzdura", które to określenie natychmiast przyswoiłam jako szczęśliwa inaczej posiadaczka całkiem udomowionych dachowych zasrańców na moim balkonie. 
Na szczęście potem ożywił nas mój ulubieniec Tarzan Boy ( do posłuchania TU - i konia z rzędem temu, kto na początku zwrotki nie słyszy "dupa rozebrana") oraz oczywiście królujący ostatnio z nieznanej mi przyczyny we wszystkich mediach Zenek (vel Żenek). Mimo jednak najszczerszych chęci i starań nie zaszumiało mi w głowie ani na chwilę, za to wspólnymi siłami robiliśmy wszystko, co mogliśmy, żebym mojej Soplicy porzeczkowej nawet nie dopiła. Najpierw przy szczodrym toaście wylała mi się owa ze szklanki na kanapę i do laczka; zaś gdy już wszystko zostało uprzątnięte, a laczek wysychał, mąż Brasil najpierw potrącił tę samą szklankę z tymże samym płynem w środku, następnie szczęśliwie pochwycił ją i uratował przed katastrofą, po czym z tej radości zahaczył o nią kocem i upadła na podłogę, rozlewając zawartość po połowie pokoju plus tym razem już do obu laczków. Co ma wisieć, nie utonie, jak to mówią... 

Zresztą wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że nie mam w ogóle po co próbować się urżnąć. Na fb znalazłam taką głupkowatą zabawę - jest sobie plansza z literami w wierszach, które układają się w różne słowa, i pierwsze 3 wyrazy, które się dostrzeże, mają rzekomo zdefiniować cały 2020 rok. Moje oczy ujrzały: "inspirujący", "decydujący" oraz - nad czym wielce ubolewam - "trzeźwy" :/
I chuj... 
Ale w obliczu spodziewanej podwyżki cen alkoholu może i ma to jakiś sens. Postaram się więc skupić na pierwszych dwóch wyrazach; tym bardziej że w drugiej, analogicznej planszy, wyszło mi z kolei: " relaks", "frytki" i "lotto" :D Z uwagi zwłaszcza na to ostatnie (odpowiednio interpretowane) chętnie wierzę w taką przepowiednię :D (Choć nie wiem, jak na tę wróżbę zapatruje się np. Brasil, której oko wyłoniło słowo "wnuk" ;D)