24 marca 2019

Znane-nieznane

Na ów weekend zapowiadali ulewy od rana do nocy. Rzecz jasna, nie wiedziałam o tym, kupując bilety 3 tygodnie wcześniej, aczkolwiek w sumie nie było to trudne do przewidzenia, biorąc pod uwagę cel podróży - czyli Anglię :D Niemniej - po pierwsze: leciałam tam, by spotkać się z przyjaciółmi, a cała reszta stanowiła tylko dodatek; po drugie - od razu ogłosiłam, że w Anglii byłam już dwa razy i za każdym miałam wspaniałą pogodę, więc nie ma się czym przejmować, gdyż Anglia zwyczajnie mnie kocha.

Wraz z Kuli odwiedzałam JeyZ i Cudaka, przebywających w Coventry w celach zarobkowych. Podjechali po nas jak po królowe, ekstrawaganckim - a jakże! - jaguarem :D Jakiż to wspaniały samochód jest! Po prostu płynie, a zryw ma jak chyba nic na świecie. Jedyne, co mi w nim nie pasowało, to kierownica po prawej stronie :D Przez długi czas miałam duży problem na skrzyżowaniach - ciągle w lęku, że coś jedzie wprost na nas. Pod koniec pobytu wszystko mi się już w głowie poukładało, łącznie z tym, który jest szybki pas na autostradzie, które światła nas obowiązują i jak poruszać się po rondzie - i akurat wtedy trzeba było wracać ;)

Jako pierwszą atrakcję gospodarze zaserwowali nam... obserwację największego na świecie samolotu pasażerskiego. Staliśmy na linii jego lądowania, przeleciał nam idealnie nad głowami, by za jakieś 3 sekundy wylądować na znajdującym się nieopodal lotnisku. Kolos!!!
W tym niezwykłym plenerze wznieśliśmy toast za spotkanie, upiliśmy Irish Cream i pognaliśmy naszym dzikim zwierzakiem do Szekspira.



Stratford-upon-Avon! Po tylu latach od referowania w liceum życiorysu pisarza w końcu mogłam na własne oczy zobaczyć to miejsce. Bardzo przyjemna miejscowość, kolorowa i kwitnąca, z Royal Shakespeare Theatre, Muzeum Szekspira, budkami telefonicznymi idącymi z duchem czasu ;), mnóstwem turystów i sklepem z rekwizytami inspirowanymi Harrym Potterem.

 





 





 
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w nowym miejscu nie wywęszyła cmentarza... ;)




Po miłym spacerze w chmurnej, acz bezdeszczowej pogodzie, wróciliśmy do Coventry - miasta studenckiego, choć słowo to ma tam nieco inne znaczenie niż u nas. W naszych miastach studenckich życie tętni aż do przesady. Tam - o godzinie 17 zamiera całkowicie ruch na ulicach. Ludzie zamykają się w swoich lokalnych społecznościach,  w wielopiętrowych nowoczesnych akademikach, które bardziej przypominają małe miasteczka - i to by było na tyle jeśli chodzi o asymilację różnych nacji. My zresztą wcale lepsi nie byliśmy - zaszyliśmy się w ich mieszkaniu, jednakowoż znów po królewsku, bo przy szampanie za 800 zł oraz kultowym brytyjskim serialu, czyli "Allo, allo" :D


Następnego dnia prognozy były bezlitosne. Zachmurzenie całkowite i strugi deszczu. Jako że jednak ogłosiłam co ogłosiłam, poranek przywitał nas... pięknym słońcem i idealnym błękitem nieba :D
Mimo moich niespożytych możliwości zaklinania pogody nawet ja nie mogłam uwierzyć, że ciasto i herbatę będziemy spożywać w kawiarnianym ogródku bez kurtek :D Kuli natomiast całkowicie przecierała oczy ze zdumienia, ponieważ na kilkanaście wizyt u JeyZ o rozmaitych porach roku był to jej pierwszy raz z tak piękną pogodą. I to w marcu, najgłupszym miesiącu świata!

Pomni faktu, że dobra passa nie trwa wiecznie, wybraliśmy się do Londynu.
Jak dobrze było go zobaczyć! Stare znajome ulice, strzeliste City, przeludniony brzeg Tamizy, nieco ponury Westminster, park ze schapanymi na żarcie wiewiórkami oraz ptactwem wszelakim, łącznie z żyjącymi na wolności kolorowymi PAPUGAMI (!), wreszcie - Buckingham Palace, na którym dumnie powiewający sztandar obwieszczał, iż w środku znajduje się królowa... Uwielbiam to miejsce. Mimo tłumów emanuje jakąś dobrą, ciepłą energią, kojarzy mi się z wizytą w tym kraju przed laty, gdy próbując odnaleźć drogę do pracy Zagadkowego, błądziłam samotnie, przypadkiem odkrywając właśnie pałac i prowadzącą doń wspaniałą aleję The Mall.

 













 

Naszym celem jednakże zdecydowanie było Soho, a w szczególności - Chinatown. JeyZ zaprowadził nas do cudownej (tzn. cudownej z żarcia, nie z wyglądu) chińskiej knajpy "Mr Wu", w której płaci się z góry za talerz, a to, ile na niego nałożysz, zależy już tylko do Ciebie. Można szamać ile się chce, cena pozostaje bez zmian. Kuli zjadła tam jedną porcję, JeyZ dwie, ja - cztery plus część tego, co JeyZ już nie dał rady wcisnąć :D Mieli tam najlepsze na świecie sajgonki - serio, w życiu nie jadłam tak rewelacyjnych i w dodatku nietłustych! Kurczak w mnóstwie odsłon, makarony, warzywa - mogłabym to jeść codziennie. Ale te sajgonki... O Jezu, je mogłabym jeść co godzinę... I mimo że zjadłam cztery porcje, to i tak niedługo potem czułam się lekka jak piórko.

Wieczór postanowiliśmy przypieczętować kawą i winem. Wróciliśmy na Soho i zasiedliśmy w Bar Italia - najstarszej włoskiej knajpie w tej dzielnicy. Prowadzą ją rodowici Włosi i odwiedzają ją również prawdziwi Włosi, o czym przekonaliśmy się znienacka, gdy na włączonym telewizorze ukazał się nagle mecz live, i to nie byle jaki - derby! AS Roma - Lazio Rzym!
Oglądaliśmy to najpierw dość obojętnie, aż w pewnym momencie dotarł do nas nagły hałas tłumu, obejrzeliśmy się, a tu z wyludnionej nieco knajpy zrobiła się pękająca w szwach i tętniąca życiem trattoria! Wszyscy się darli, z włoską manierą i ekspresyjną gestykulacją komentując żywo bieżące dokonania piłkarzy, nagle wszyscy wstrzymali oddech, iiiii..... GOL! Eksplozja włoskiej energii zagłuszyła głośniki, ludzie prawie padli sobie w ramiona, a my ze szczękami przy podłodze, bo przecież JAK ZWYKLE poszliśmy TYLKO się napić, i JAK ZWYKLE niespodziewanie siedzieliśmy w centrum wydarzeń i całej zwieruchy, patrząc tylko, czy nie zaczną się naparzać niezadowoleni kibole... Na szczęście, zdaje się, byli to kibole tylko zwycięskiego Lazio, nikt nikomu nie przylał, a my po pierwszej połowie uznaliśmy, że dość emocji, czas ewakuować się do domu. Tego samego zdania była aura - najwyraźniej głęboko cierpiała z powodu mojej zatrzymującej krople mocy, bo na samym finiszu naszego powrotu do auta umęczona nie zdzierżyła i wypuściła z siebie mżawkę, by uraczyć nas ciągłym deszczem na autostradzie.
Wydawało się, że to już kres moich możliwości pogodowych...

C.D.N.