21 maja 2020

Na A

13. 

Jakoś nigdy nie bałam się tej liczby, właściwie zawsze byłam pod tym względem trochę przekorna.

Mój blog ma już tyle lat, a ja ciągle odczuwam radość pisania, choć może tego nie widać - niemniej teraz mam szczególny powód długiej przerwy!

Zawsze zdumiewała mnie sprawczość własnych myśli. Nauczyłam się jednak obwarowywać swoje życzenia wieloma dopracowanymi szczegółami, bo ilość marzeń, które spełniły mi się w sposób, nieco, hm, odbiegający od pierwotnego zamiaru, zaiste robi wrażenie. 
Nie wiem, czy tu nie zabrakło jakiegoś warunku, najpewniej tak, bo przecież nie ma ideałów. Póki co jednak... mam nadzieję, iż fortuna nie będzie mi miała za złe, nie na tyle, by zemścić się na mnie tak, jak to miała zwykle w zwyczaju, gdy cichutko napomknę, że poznałam kogoś... Kogoś dobrego, kochanego, niezwykłego. Mężczyznę, który się o mnie troszczy, który potrafi rozbawić mnie do łez, który kocha podróżować i smakować, zarówno żarcie, jak i szeroko pojęte życie. 

Więcej na razie zwyczajnie boję się napisać. Natomiast mój brak pisania wynika głównie z tego, że spotykamy się w każdej wolnej chwili, a zaprawdę powiadam Wam, że nam się to zwyczajnie należy, albowiem w dobie kwarantanny z powodu pandemii koronawirusa, w pierwszym miesiącu znajomości, nie licząc pierwszego spotkania na balu przebierańców (on robił za drwala, ja za króliczka Playboya :D), widzieliśmy się raptem RAZ! 
... choć był to pamiętny raz, i wcale nie z powodów intymnych, bo nic z tych rzeczy! Po prostu pierwsza regularna randka polegała na rozmowie, której długość przeszła najśmielsze wyobrażenia, a dotarło to do nas dopiero wtedy, gdy przyszło do płacenia za parking za... 7 godzin! I było to 7 godzin nieustającego gadania jedno przez drugie! 

W kolejnych dniach niestety wybuchła panika COVID, a że pracuję w szpitalu, to przerażenie nasze było zgoła zwielokrotnione, jako że każde z nas boi się o swoich bliskich, dlatego dalsze kontakty przenieśliśmy na długo do rzeczywistości wirtualnej. Słowo daję, ja to nie mogę mieć nigdy normalnie. Nie. Zwykły człowiek najpierw zapoznaje się w internecie, a dopiero potem idzie do knajpy na spotkanie. U mnie oczywiście musi być odwrotnie. Nawet gdy już spotkam świetnego faceta, i to jakimś cudem NA ŻYWO, to świat tak bardzo nie może sobie z tym poradzić, że aż wybucha pandemia i nie mogę mieć dalszych randek jak każdy, tylko nagle z realu muszę się przemieścić do wirtualnych komunikatorów. Kompletny absurd. A jak już mam tę wyszarpaną randkę, to na ławce, wróć, na DWÓCH RÓŻNYCH ławkach w parku i z maseczką na gębie! Koronawirus najlepszą przyzwoitką świata :D 

Ale żeby nie było tak słodko, to parę dni temu dowiedziałam się, że moja bardzo dobra koleżanka, z którą uczyłam się tworzyć bukiety w szkole, z którą spędziłam mnóstwo godzin na inspirujących rozmowach, która była jedną z bardziej odważnych osób, jakie znam - nie żyje. Zmarła w nieznanych mi okolicznościach, co tylko utrudnia poradzenie sobie z tą świadomością. Wydaje mi się to tak abstrakcyjne, że aż brakuje mi porównania...

Jak to mawia zatem mój mężczyzna (a wyrażenie to jest dla mnie równie abstrakcyjne): tak to właśnie na tym świecie radość się ze smutkiem plecie... 

Mam jednak nadzieję, że w dalszych latach mimo wszystko bilans będzie bardziej na plus. Tego życzę sobie i mojej blogowej, całkiem już dużej latorośli.