14 sierpnia 2016

Sun is shining

Połowa lipca. Bosska, Strzelec, Mały, Gadulska i ja wpakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy... na wakacje :D Jechaliśmy, podrygując w takt Natalii Nykiel "Error" (TU) i innych hitów lata, które serwowało nam radio, oraz prowadząc niezliczone rozmowy, i te poważne, i te głupawe do łez, jak na przykład rozmowa o mijanej miejscowości Sarcz, którą wszyscy bez wyjątku odczytaliśmy jako Sracz :D I właściwie na tym podsumowaniu mogłabym skończyć opowieść, gdyż to był właśnie jeden z TAKICH wyjazdów. Bez kompletnie żadnych oczekiwań, bez planu, bez zwiedzania, po prostu po to, by być razem, by być też osobno, by po prostu POBYĆ. 

Gdy zajechaliśmy na kwaterę do Grzybowa, każdy głośno odetchnął z ulgą. Spróbujcie zarezerwować nocleg nad polskim morzem w trakcie sezonu. Awykonalne. Wynajęliśmy jedyną dostępną opcję, czyli domek, który nie miał żadnych opinii, ponieważ niby dopiero co się postawił. Na szczęście obawy, czy nie jest to próba wyłudzenia i tak naprawdę zdjęcia są z internetu, a domków w ogóle tam nie ma, okazały się przesadzone. Domki stały, pachniały świeżością, a my byliśmy w nich pierwszymi gośćmi :D Jakie to jest cudowne uczucie, kiedy wiesz, że nikt wcześniej nie używał tego prysznica, nie chodził boso po tej podłodze i nie leżał w tym łóżku! Że już nie wspomnę o kiblu ;) Było jak w domu! Zwłaszcza że ślicznie, w skandynawskim stylu, z mnóstwem drewnianych elementów, z salonem i kuchnią, i piętrem z widokiem na łąkę. Nigdy nie zapomnę jednej nocy, kiedy podczas pełni nad łąką zastygły mgły i koncertowały świerszcze. Słowiańska magia.
Do dyspozycji mieliśmy także mini tarasik, na którym codziennie grillowaliśmy. Podczas tego urlopu zjadłam chyba kwartalny przydział kiełbas (w tym pysznej kiełbasy ziemniaczanej) i wypiłam roczny zapas alkoholu. I przede wszystkim - codziennie pochłaniałam rybę, i to jaką boską! Już pierwszego dnia pociągnęło nas ku przydrożnej smażalni, która wydawała jedzenie z auta, a goście albo siedzieli w zadaszonych ławkach, albo w kolorowej łódce. Dla nas, rzecz jasna, zawsze czekała wersja z łódką :D Jakie to było pyszne żarcie! Z ich własnego połowu, bez zbędnych przypraw, normalnie czuło się tę morskość! Dorsz, flądra, halibut - wręcz rozpływały się w ustach, a na dodatek właściciel tego przybytku był chyba najbardziej zakochanym w swojej robocie człowiekiem! Opowiadał o rybach i połowach z taką pasją, że aż chciało się wskoczyć z nim do kutra.
Pogodę mieliśmy świetną. Codziennie zapowiadali ulewy i 19 stopni, a my piekliśmy się w ostrym słońcu, plażując w samych kostiumach kąpielowych. Widać prognozy nie tylko w Rumunii należy czytać na opak :) Jedyny chłodniejszy dzień spędziliśmy w Kołobrzegu. Cała banda - a było nas już 9 osób, bo dobiła Szalona ze Spokojnym, siostrą i siostrzeńcem - po zjedzeniu obiadu rozlazła się na wszystkie strony. My z Bosską zawitałyśmy do tak pięknie urządzonej knajpy, że aż ją obfotografowałam dla inspiracji :D Przemiły kelner zaserwował nam ciacho i karafkę wina, po której nic nie mogło ani nawet nie próbowało zmącić naszego szczęścia :D Nawet na molo zrobiło się jakby cieplej ;)
Codziennie na plaży był jeden wielki wygłup. Chłopaki prężyły muskuły i podrzucały mnie we dwójkę z taką dumą, jakbym ważyła sto kilo, graliśmy sobie w ringo, przy którym zawsze jest kupa śmiechu, ale na największą głupawkę zachorowałam, gdy Szalona pokazała mi aplikację, która potrafi zmieniać twój wygląd. A to upiększa, a to zniekształca, a to robi z człowieka upiora, a to zasadza mu na łeb wianek, a to robi z ryja chomika lub dokłada język psa... Nie byłam w stanie połowy sprawdzić, bo po prostu robiłam w majty ze śmiechu :) 
No patrzcie to.
Jak przy czymś takim zachować kamienną twarz?? 

Oprócz tego z Szaloną i Bosską postanowiłyśmy pokazać JeyZ, jak bardzo za nim tęsknimy i zachęcić go, żeby wracał z tej obczyzny, dlatego nagrałyśmy dla niego kawałek "Chałupy welcome to" - każda oczywiście śpiewała w swoim rytmie, w jednym takcie każda stworzyła również autorską wersję tekstu, najlepiej wyszedł szum fal, ale ile przy tym miałyśmy radości i ile jej dostarczyłyśmy gapiom, to jeden w niebie wie :D 
Wieczorem Szalona&Co. odjechali, a my poszliśmy na nasz pierwszy i zarazem ostatni zachód słońca ;)
W poprzednich dniach o tej godzinie można było podziwiać jedynie chmury, skądinąd piękne. Natomiast ten zachód był bajkowy. I strasznie szybki, tak szybki, że gdzieś pod koniec Bosska zrobiła zdjęcie, po czym tylko na nie spojrzała, żeby sprawdzić, jak wyszło, a gdy ponownie zwróciła się ku słońcu, ze zdumieniem odkryła, że już go nie ma :D 
Pięknie było. Sama miejscowość typowo nadmorska, z leśną promenadą, z mnóstwem budek i hałasu na głównej ulicy, ale swojsko mi tam było i dobrze. I ta plaża...! Piękna, szeroka, każdy miał wystarczającą przestrzeń, żeby nie potykać się o cudze nogi i nie wchodzić innym na głowę. I ten piaseczeeeek! Nigdzie nie ma takich plaż jak u nas! No, może na Karaibach - ale ja w to nie wierzę ;) 
Wracaliśmy z żalem, tylko dlatego, że musiałam coś zrobić do pracy. Naładowani energią, cudownie opaleni - i szczęśliwie w oczekiwaniu na jeszcze jedną przygodę - razem z Anitą Lipnicką wyśpiewywaliśmy wersy z "Tokyo" - TU:

"Nagle kolor nieba zmienia się
Zamykam oczy i czuję jak
Spontaniczny szał porywa mnie
Znowu wszystko we mnie tańczy
Tak wyraźnie widzę każdy kształt
Znajome twarze śmieją się
Gorący wiatr rozpala mnie
Znowu jestem tam!"  

8 sierpnia 2016

Awanturnicy

Jechaliśmy dalej wzdłuż granicy z Ukrainą, która była wydzielona jasnym murem. Gdy pojawiła się w nim przerwa, nasza awanturnicza żyłka wygrała. Z dziwnym uczuciem przekraczaliśmy granicę państwa,  które trawi ogień i pożoga. To głupie, ale rozglądaliśmy się z duszą na ramieniu, czy nikt nie zechce do nas strzelać... Było tak nieprzyzwoicie, smutno cicho. Doszliśmy do rzeki. Od strony Ukrainy widniała połowa mostu, od strony Rumunii druga połowa nie istniała...
Pojechaliśmy dalej, ku Satu Mare, które jest sporym miastem o silnych węgierskich wpływach. Nad pięknie ukwieconym Placem Wolności "sprawuje pieczę" secesyjna perełka - hotel Dacia. Akurat w remoncie, ale Rumuni wzorem innych krajów swoją chlubę okryli tkaniną z namalowanym obrysem budowli - co by ładnie wychodziła na zdjęciach :) (Zawsze twierdzę, że to bardzo dobry pomysł!)
 
Na pożegnanie z Rumunią zobaczyliśmy lokalny pogrzeb, kroczący po ulicy procesją, minęliśmy faceta, który jechał na rowerze, trzymając kosę, z trudem wyminęliśmy dziurę w jezdni, załataną blachą (!), oraz zjedliśmy supa crema de brocolli (rumuński jest chwilami rozbrajająco łatwy) i mici, czyli mielone mięso baranie uformowane w małe kiełbaski. Smaczne i zaskakująco lekkie danie, i nawet niezbyt drogie - co akurat nie jest częste, w Rumunii bowiem jedzenie, podobnie jak benzyna, jest dużo droższe niż w Polsce.
Kilkanaście kilometrów dalej, z transylwańskimi rytmami (Fanfara Transilvania "Trans Balkan" TU) i w jakże innej niż poprzednia aurze przekroczyliśmy granicę z Węgrami. Tym razem dla odmiany musieliśmy otworzyć bagażnik :D Na szczęście nie sprawdzali, ile alkoholu przewoziliśmy ;)
I tak się skończyła rumuńska przygoda - co nie znaczy, że skończyła się przygoda w podróży. Niemniej na pewno odetchnęliśmy z pewną ulgą, gdy wjechaliśmy na spokojne węgierskie drogi, gdzie każdy zna przepisy i wie, że trzeba ich przestrzegać. W Rumunii kilkanaście razy dziennie mieliśmy palpitacje serca. Oni gnają jak szaleńcy! Wyprzedzają na tych ich chęchach, zamiast zwolnić na dziurach, jeszcze dorzucają gaz, a trąbią dosłownie na wszystkich i niezależnie od okoliczności. Wyobraźcie to sobie: jedziecie cholernie wymagającą trasą, która po prawej stronie ma przepaść, gdy znienacka trafiacie na ostry zakręt, co już samo w sobie jest czynnikiem komplikującym życie, a na domiar złego zza niego wyjeżdża TIR i trąbi jak pojebany nie wiadomo po co! Gdyby nie doświadczenie, refleks i niesamowita koncentracja Złego, z piętnaście razy zakrylibyśmy się kołami.

U Bratanków sunęliśmy sobie spokojnie wzdłuż ślicznych, ukwieconych i zadbanych węgierskich wsi, a we mnie zaczęło kiełkować dobrze znane uczucie... 
Awanturniczej żyłce ciągle było mało. Miałam stale niedosyt węgierski, spowodowany ominięciem na wstępie jedynego węgierskiego noclegu, z którego wg mojego szatańskiego planu droga miała prowadzić przez ukochany Tokaj. A teraz był ostatni dzwonek na odwrócenie fortuny. Najpierw nieśmiało tylko spytałam, czy może będziemy przejeżdżać przez Tokaj. Zaprzeczono, no to więcej nie piłowałam, świadoma, że o tej godzinie wszelkie zmiany planu mogą wiele kosztować. Niedługo później jednak ze zdziwieniem zobaczyliśmy, że nawigacja prowadzi nas... PRZEZ TOKAJ!!! Tzn. ja nie byłam zdziwiona, przecież od pierwszego dnia czułam, że tam wrócimy :D Niemniej wydaliśmy z siebie godowy ryk Tarzana i z nowymi siłami wjechaliśmy w ukochany region. 
To była bardzo szybka, kompletnie spontaniczna akcja. Jedynym naszym zmartwieniem było w tym momencie, czy aby da się płacić w euro :D Chwilę błądziliśmy, ale prędko odszukaliśmy drogę do piwniczki "naszego" dziadka, który właśnie żegnał objuczonych turystów, na nasz widok uśmiechnął się całym sobą, zaprosił do środka i oczywiście, tak jak rok temu, stawiając błyskawicznym ruchem kieliszki na blacie, po polsku zapytał: "wytrawne, półwytrawne czy słodkie"? Zły i Chmurka, pomni tego, jak bardzo po tym pytaniu się wówczas porobiliśmy, odmówili zawczasu - ale ja nie zamierzałam :D Wypiłam jednak skromnie, jeden kieliszek, co by starczyło pieniążków na ten wyborny smak lata, wolności, szczęścia i wakacji, który zamierzałam uwieźć do domu. Tokaj, mój kochany tokaj!
Na dworze unosił się zapach robinii i lipy, słońce oddawało ostatnie promienie, oblekając świat cudownym, złocisto-różowym blaskiem, cisza na ulicach, zielone, zapraszające winnice, dokładnie ta sama pora dnia i roku. Absolutnie magiczne miejsce. Jechaliśmy tym pięknym krajem, z radością zauważając wyłaniający się daleko niesamowity zamek w Boldogkőváralja. Tak dobrze wrócić w znajome kąty! 
Wkrótce potem słowne łamańce zamieniliśmy na prościznę w stylu: "Zdrove a cerstwe owoce" (przy czym czerstwe to nasze świeże, ot taki paradoksik), "cerstwa zelenina", "pozor wychodne wozidlo", złowieszczy napis na papierosach "Fajcene moze zabijat" :D Ale najwięcej radości dostarczył nam wyświetlany na tablicy znak pt. "Vasa rychlosc" :D Poczuliśmy się, jakby nas kto tytułował - tak jak Toudi mówił do Księciunia "Wasza Wredność", tak do nas Słowacy zwracali się "Vasa Rychlosc" :D (oczywiście był to tylko pomiar prędkości :D). 
Darliśmy się ze Stingiem w takt The Police "Roxanne", a do Muszyny zajechaliśmy oczywiście błądząc w kompletnych ciemnościach, sprawy nie ułatwiał fakt, że - jak się później okazało - nasza kwatera wg nawigacji znajdowała się 500 metrów dalej :D Ostatecznie dotarliśmy i z pewnym trudem przestawiliśmy się na polski język. 
Jak pięknie było o poranku w Muszynie! Po solidnej burzy powietrze przeczyszczało płuca, słońce połyskiwało promieniami odbitymi od krystalicznego strumienia, a góry pachniały wilgotnymi igiełkami i liśćmi, zapraszając soczystą zielenią. 
Z żalem spakowaliśmy dobytek, pożegnaliśmy starszą gospodynię i jej przeuroczy domek, i ruszyliśmy, zbaczając jeszcze do Jastrzębika. Jest to absolutnie niezwykła górska wieś! Położona nad potokiem, na dwóch grzbietach górskich, posiada śliczną drewnianą XIX-wieczną cerkiew, która teraz pełni funkcję kościoła rzymskokatolickiego; oprócz tego unikatem w skali karpackiej jest występujące tu zjawisko suchej ekshalacji gazowej, objawiające się pęknięciami terenu oraz uduszonymi od gazów owadami i ptakami. Odnaleźliśmy tam również źródło św. Łukasza, nasycone minerałami za sprawą kolejnego niezwykłego zjawiska, tj. ekshalacji wulkanicznej, czyli wyziewu dwutlenku węgla. Gaz wydobywa się w postaci bąbelków, które wypływają na powierzchnię i bulgocą, jak to określił Zły, odgłosem jak z kibla ;) Są to tzw. mofety - pomniki przyrody nieożywionej, które obserwuje się z bezpiecznej wysokości; zbyt bliski kontakt może skutkować uduszeniem gazem ptaków czy owiec, podobno zdarzył się nawet przypadek uduszenia człowieka podczas kopania studni. 
I już mknęliśmy autostradą, niewiele tylko wolniejsi od McLarena ;) 
Po milionie objazdów, po pokonaniu ponad pięciu tysięcy kilometrów, po tej Wielkiej Przygodzie pozostało wspomnienie. Tajemnicze, pachnące jaśminowcem i czarnym bzem, dzikie i nieoczywiste. Piękne.
 

Waluta pasuje do pogody Transylwanii jak rzadko. Leje...

... do Bani :D