28 września 2014

Moc Nauki

Zeszłoroczną Noc Naukowców spędziłam na... Rodos ;) Czekałam zatem cierpliwie calutki rok (a właściwie dwa lata), by wbić się znów na Politechnikę Poznańską. W jaką rozpacz wpadłam, gdy dowiedziałam się, że na niemal wszystkie co ciekawsze wykłady i pokazy trzeba mieć wejściówki, które wymiotło niemal natychmiast po rozpoczęciu rejestracji! Dramat! Aż mi się beczeć zachciało!

Ale chuj. Czerwona się tak łatwo nie poddaje!
Wzięłam ci ja do ręki program, opracowałam z grubsza plan wycieczki po otwartych wykładach itd., pozapraszałam ludzi i dowiedziałam się, że NIKT znajomy nie idzie. Nawet moja własna rodzona siostra, z którą tradycyjnie chodzę na wszystkie takie noce.

I chuj! Czerwona nadal się nie poddaje, nie po tym, ile się naczekała!
Wyjaśniłam sobie, że to nawet lepiej, ponieważ samej na pewno uda mi się gdzieś wbić, przecież to niemożliwe, żeby na tyle rezerwacji nikt nie wypadł. Pojechałam i gdy wlazłam w ten szalony tłum ludzi, nieco zwątpiłam. Dostałam się na wykład otwarty, lecz to nie było to. Ja chciałam na Fizyka Gravity Show! Dwa lata temu byłam na Fizyka Aqua Show i mnie zachwyciło, zatem teraz napaliłam się nań jak królik na kable. Przypomniałam sobie o zasadzie afirmacji i postanowiłam, iż wejdę choćby skały srały, choćbym miała stanąć przed ochroną i udawać, że zapomniałam biletu, że nie miałam o nim pojęcia lub w akcie desperacji po prostu zrobię w zależności od okoliczności żałosną lub słodziuchną minkę, pomizdrzę się chwilę, jaka to ja malutka sama jedna jedyna, o taka maleńka, i jak to ja mało miejsca zajmę, nikt nawet nie zauważy. To ostatnie było akurat prawdą, bo na 500 osób naprawdę jedna więcej nie zrobiłaby różnicy. Gdy już wpuścili wszystkich z biletami, przed panami z ochrony ustawił się rządek podobnych mi desperatów, panowie spojrzeli po sobie, machnęli ręką i zaczęli wpuszczać. Miałam jednak niebywałe szczęście, ponieważ na mnie ten radosny pęd się skończył i wleciałam na salę rzutem na taśmę. Gdy zamknęły się za mną drzwi, prawdopodobnie w euforii zaświeciłam wewnętrznym blaskiem, bowiem znalazło się dla mnie nie jedno, a dwa miejsca :D Rozsiadłam się wygodnie, przestroiłam uszy na tryb likwidujący szumy (w takiej masie dzieciarni były nieuniknione) i zatopiłam się w nauce.

Kocham te pokazy! Od lat prowadzi je ten sam charyzmatyczny ulubieniec studentów, którego nazwiska znowu nie usłyszałam ;) Tym razem opowiadał oczywiście o grawitacji i już pierwsze doświadczenie mnie zaskoczyło. Naukowiec do jednej ręki wziął monetę, do drugiej wycięty z papieru krążek o tej samej średnicy, i puścił je równocześnie. Oczywiście moneta upadła szybciej. Następnie położył krążek papieru na monecie i spytał, co teraz spadnie prędzej. Jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałam, tymczasem obie rzeczy spadły równocześnie, ponieważ miały ten sam opór powietrza. 

Następny pokaz ujawniał siły przyciągania elektrostatycznego poprzez odchylanie strumienia wody ku naelektryzowanemu balonikowi. Banalne, ale fajne :) Jak skomentowano w internecie - tak oto został rozwiązany problem sikania na klapę :D O ile każdy nosi przy sobie balony. Względnie insze gumowe ustrojstwa ;)

Kolejny eksperyment ukazywał ruch przy zaburzeniu środka ciężkości. Przy okazji dowiedziałam się, jak wyznaczyć środek ciężkości - wystarczy chwycić ciało, by zwisało swobodnie, przyłożyć wahadełko i odrysować linię na ciele, po czym chwycić je w innym miejscu i również odrysować linię wahadła. Tam, gdzie linie się przetną, będzie środek ciężkości. Obiekt zawieszony ponad środkiem ciężkości będzie ruszał się jak wahadło, zaś poniżej środka ciężkości będzie próbował usilnie uporządkować zaburzenie i poruszał wokół swojej osi, aż to nie nastąpi. (Nawiasem mówiąc - zawsze sprawdzam, o czym piszę i czy nie popełniam jakiejś gafy. Teraz też sprawdzałam i wyskoczyła mi dysputa fizyków pt. środek ciężkości a środek masy. Cholera, ci ludzie to kosmici :D Przeczytałam chyba dziesięć stron i nadal nie wiem, co jest czym :D)

Potem dowiedziono, że malutkim klockiem można pośrednio przewrócić klocek wielkości deski. Samym jednym maleńkim klockiem się nie uda, ale gdy postawimy jak domino klocki od najmniejszego do największego - zaczynający efekt domina, czyli przekazywanie energii, najmniejszy klocek ostatecznie "przewróci" dużą deskę.
I wreszcie zadano pytanie: czy kot spada zawsze na cztery łapy? Odpowiedź brzmi - to zależy od wysokości. Paradoksalnie kot mniej się uszkodzi, gdy spadnie z wyższego (w granicach rozsądku) obiektu - ponieważ przy niższym zwyczajnie nie ma czasu, by się właściwie obrócić.

Odbyło się jeszcze kilka innych eksperymentów, ale prawdziwą magię naukowiec pokazał w ostatnim. Mianowicie chwycił za dwa końce w literę U łańcuszek (taki jak do zawieszania korka do wanny), następnie od dołu na powstałe ucho nanizał bransoletkę. Za pierwszym razem po nawleczeniu i puszczeniu bransoletka upadła. Oczywiste - przecież nie miała się o co zaczepić. Za drugim razem znów upadła - identyczna sytuacja. Popatrzyliśmy z politowaniem - ale mi wielki eksperyment. I wtedy za trzecim razem - bransoletka zawisła na łańcuchu! Wszyscy zgodnie rozdziawiliśmy gęby, ale kamerka nie kłamała, fizyk powtórzył doświadczenie i bransoletka znów zawisła. Cuda! Potem pokazał nam, na czym polegał trick. Mianowicie za pierwszymi dwoma razami po prostu nasuwał bransoletkę i upuszczał. Za trzecim razem nałożył bransoletkę, ale ustawił ją nieco pod kątem, a nie prostopadle do łańcuszka, przez co nadał jej ruch obrotowy. Dzięki temu ruchowi w ostatniej fazie bransoletka obróciła się i zagarnęła łańcuch, ów też zrobił obrót i się ze sobą splątały :D

Słowo daję, ten wykładowca jest cudowny. Mogłabym go słuchać bez końca. 

Poszłam potem na chwilkę na Fizyka Kids i dowiedziałam się, że nieco nadmuchany balon można w najgrubszym miejscu podgrzewać zapalniczką i nie pęknie, ponieważ w środku skrapla się woda, która ochładza gumę.
Szukałam jeszcze symulatora dachowania, gdzie można było poczuć się jak w trakcie wypadku, ale niestety nie znalazłam. Widziałam natomiast wielkie kolejki do koparki, którą można było sterować :) 
A na wykładzie o podróżach usłyszałam np., że kierunek, w którym muzułmanie muszą być zwróceniu podczas modlitwy, nazywa się kibla :D To wiele tłumaczy ;)

Ja wiem, że się jaram jak debil, bo to wszystko były widowiska dla laików i dzieci, a ja już od dawna powinnam to wiedzieć, ale cóż, jestem w pewnych kwestiach analfabetą. Co nie zmienia faktu, że ogromnie lubię gromadzić w głowie takie ciekawostki. Wracałam do domu z wielkim uśmiechem i dziką chęcią zgłębiania wiedzy- czyli cel Nocy został chyba osiągnięty. Co z tego, że mam prawie trzydzieści lat ;P

21 września 2014

Przygód reszta

W Tartu gościliśmy u zaprzyjaźnionej z Chmurką Botanki i jej rodzinki. Dowiedzieliśmy się od niej, jak wiele w Estonii jest zapożyczeń. Język mają od Finów (przy czym oni fiński rozumieją, Finowie estońskiego - już nie); hymn również mają fiński, tylko że po estońsku; a flagę Tartu z kolei mają od... Polski :D A konkretnie od Stefana Batorego, który "po zwycięskiej bitwie z Moskwą o Inflanty obdarzył Tartu w roku 1583 przywilejami oraz nadał mu prawo używania biało-czerwonych barw". 
Botanka poprowadziła przez najciekawsze zakątki miasta - jasne uliczki z moją ulubioną zabudową, tj. domami z drewnianych desek, piękny bulwar wzdłuż rzeki, cudownie zielone parki, m.in. park z ogromną zieloną doliną, którą zimą rządzą dzieci na sankach, oraz oczywiście Ogród Botaniczny, jak przystało na gromadę biologów :) Kwiatunieee! 
Zobaczyliśmy również amfiteatr, w którym odbywają się liczne koncerty - jak się okazuje, estońskie hobby narodowe to ponoć śpiew w chórze. Na festiwalach różne chóry często łączą siły i finał wyśpiewują razem - na scenie potrafi stać z 200 osób! To musi być moc.


Z ciekawostek: Estończycy mają specyficzne ławki - bujane! Czyli deska z oparciem, ale bez nóg, za to na łańcuchach. Pomysłowo i uspokajająco. Nieco inaczej niż w przypadku ogromnych huśtawek, do rozbujania których potrzeba minimum dwóch osób. Prawdę mówiąc gdyby nie Zły, my z Chmurką albo byśmy jej nawet nie ruszyły, albo w drugą stronę - gdybyśmy ruszyły, to już byśmy nie zeszły :D Ciężkie to okrutnie, do wchodzenia trudne i przy schodzeniu można zwyczajnie dostać rozpędzonym podestem w plecy lub potylicę. (Rzecz jasna Zły zatrzymał huśtawkę jedną nogą ;))
I jeszcze jedna ciekawostka - w Estonii słupki zagradzające wjazd są często elementem ozdobnym. W Tallinie na ulicach widniały kamienne ptaki. W Tartu - kamienne beczki :)

Gdy dotarliśmy do Ratusza, rozpadało się dość konkretnie, przez co umarł plan wycieczki nad Pejpus - największe estońskie jezioro, położone na granicy z Rosją. Przypuszczam, że niewiele różni się od morza, ponieważ jego powierzchnia wynosi 2670 km²! Dla porównania nasze "wielkie" Śniardwy mają całe 113,4 km² :D Żałuję, że nie mogłam go zobaczyć, ale w zamian Botanka powiodła nas do centrum nauki Ahhaa (nazwa niezwykle charakterystyczna dla Estonii, gdzie niemal każde słowo ma chociaż jedną powtórzoną literkę :D). Tartu jest największym ośrodkiem uniwersyteckim w kraju, dlatego obecność takiej instytucji nie dziwi - i ogromnie cieszy. Po przekroczeniu progu człowiek przestawia mózg na tryb dziecka, zadając co chwilę pytanie: po co? dlaczego? jak? W związku z czym wielką radochę sprawił pokój, w którym w zależności od tego, po której stronie się stanęło, obserwatorowi patrzącemu przez judasza wydawało się albo maleńkim, albo olbrzymim. Złudzenie optyczne tworzone przez pochylenia, wysunięcia podłogi i oczywiście mistrzowskie pomalowanie ścian, aby wyglądały na równe. Tam nawet przy Złym wyglądałam na wielką :D 

Podobał mi się też labirynt z lustrami. Naprawdę trudno odnajdywało się drogę, właściwie błądziło, i to w rękawiczkach, aby nie zostawić śladów na lustrach, które wskazywałyby drogę innym :D
W kolejnym pomieszczeniu natomiast każde z nas prawie się przewróciło. Okazało się, że podłoga stała w miejscu, ale ściany wirowały, przez co kompletnie wariował błędnik!
Inną salę zajmowała ekspozycja hydrauliczna, gdzie oprócz zabaw z otwieraniem śluz dla miniaturowych stateczków i pompowaniem wody do popchnięcia piłeczek można było poczuć się jak... topielec. Wchodziło się do błękitnego pomieszczenia, nad którym umocowano szklaną taflę, a na nią nalano wodę, którą poruszano w małe fale. Z góry wyglądało się całkowicie jak ofiara :D

Interesująca, choć wstrząsająca była sekcja anatomiczna. W słojach z formaliną zamknięto nie tylko zdeformowane części ciała po różnych chorobach, ale też płody w każdym stadium. Jakkolwiek mam stosunkowo liberalne poglądy na temat aborcji (można rzec, że zgodne z aktualnym prawem), oglądanie na żywo małego człowieczka w stadium kwalifikującym się jeszcze do usunięcia jest bardzo trudne. Gdy dotarłam do deformacji płodów, m.in. cyklopii, nie wytrzymałam i poszłam w inny dział. Wolę oglądać porównanie mózgu czy płuc palacza i niepalącego niż nienarodzone, obumarłe i chore płody.

Ogólnie całe Ahhaa niezwykle pobudzało wyobraźnię, potrzebę wiedzy, chęć szukania odpowiedzi na pytania. Ogromnie mi się podobało i zaostrzyło apetyt na nasz warszawski Kopernik :)

Wieczorem poszliśmy z Botanką i jej estońską koleżanką na pyszne piwo do modnej knajpy, a następnego dnia zobaczyliśmy jeszcze Most Diabła, Most Anioła oraz katedrę. Katedra zachwyciła. Zbudowana w XIII wieku, następnie przebudowywana, w XVI wieku poddała się niszczycielskiej działalności ikonoklastów i podupadła. Dopiero w XIX wieku na zlecenie cara Aleksandra I prezbiterium zostało zmienione w bibliotekę, w której obecnie mieści się muzeum. Resztę ruin zabezpieczono i chociaż prace konserwatorskie trwają, oddano je do zwiedzania.
Są absolutnie piękne. Przemykaliśmy po schodkach cicho, dotykaliśmy cegiełek, by przywołać chmurny, niepokojący klimat tamtych wieków, by poczuć powiew historii, by otrzeć się o duchy. Czułam się jak bohaterka Gry o tron ;)

A potem... pomachaliśmy gościnnym gospodarzom i ruszyliśmy w bardzo długą drogę - do Polski. Płociczno-Tartak powitaliśmy o północy, poranek obudził słońcem ślizgającym się po kwiatach pięknego ogrodu agroturystyki. Cudnie tam, tak spokojnie, bez pośpiechu - żal było opuszczać. Po drodze dotarliśmy do Giżycka, gdzie tłumy turystów z dziećmi tworzyły to miejsce trudnym do zniesienia. Jakże inaczej wyglądało w lutym! Zdecydowanie wersja zimowa bardziej przypadła mi do gustu. Ale za to zobaczyłam otwieranie i zamykanie mostu obrotowego :)
Co do samej wyprawy - była cudna (i bardzo ekonomiczna! Dzięki dieslowi i darmowemu noclegowi u Botanki zamknęliśmy się w tysiącu złotych!). Naśmiałam się jak rzadko, ani chwili się nie nudziłam, jedyne co było trudne, to ten galop ze względu na odległości. Polecam wycieczkę w te rejony, ale na dwa tygodnie, żeby się tak nie zmęczyć fizycznie i więcej posmakować. Ze Złym i Chmurką codziennie obiecywaliśmy sobie, jak to my nie popijemy morza alkoholu, jakie to będziemy prowadzić nocne rozmowy, jak to będziemy wychodzić wieczorami. Tymczasem oczywiście po zakupach i wylądowaniu na noclegu padaliśmy jak trupy aż do rana, dlatego w domu okazało się, że przywiozłam z podróży kwas chlebowy i cztery piwa litewskie, cydr łotewski, 14 Vanatallinów (małe likierki na prezenty) i wino estońskie oraz piwo polskie :D Zakupy w ogóle były zabawne - niemal codziennie Chmurka szukała pięciolitrowego kwasu chlebowego na hurtowy prezent. W każdym sklepie lataliśmy po niego i nigdzie nie było. Wreszcie w Tartu dorwała - i nie kupiła, bo stwierdziła, że jednak woli coś mniejszego :D Ale i tak najlepszy był myk z czekoladą - wyprodukowana w Szwajcarii, kupiona przez Polaków na Litwie i zjedzona w Estonii :D

Przez całą wyprawę śpiewaliśmy. W ogóle wyruszając z Poznania uświadomiliśmy sobie, że mamy tylko pół antenki w samochodzie, ponieważ resztę urwało, zatem zasięg radia był ograniczony. Każde z nas zaopatrzyło się na szczęście w mp3, ja zabrałam nawet kasetę przetwarzającą dźwięk, niestety nie działała, więc w Tesco kupiliśmy rozdzielacz do zapalniczki, Zły wsadził do niej transmiter FM, a do niego mp3, a żeby cała ta kosmiczna konstrukcja nie wypadała z zapalniczki, oczywiście w gniazdko trzeba było wsadzić kawałek kartonika :D I taki potworek działał :D Dlatego nie darliśmy się a capella, tylko do wtóru licznych piosenek drogi, wśród których przewodnią stała się "Crazy" Seal - TU. Zły pokazał mi też kultowy utwór metalowy - TU, z którego mieliśmy potem zwałę do samego końca, cytując przy każdej okazji co lepsze kawałki, np. "I am be dangerous now" (tekst oryginalny), "Soon you be dead" oraz szczególnie przeze mnie uwielbiane: "I'm strong - you're not" :D
Było super :)

13 września 2014

Z przygód czwarta

Przejechaliśmy przez granicę i jakiś kilometr dalej na poboczu ujrzeliśmy samochód pełen młodych napakowanych facetów. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że jeden... po prostu się rozebrał! I stał tak z gołym zadkiem, a na dodatek był czarnoskóry :D Tak więc Estonia powitała nas... czarną dupą :D

Do Tallina dotarliśmy w nocy, hostel w kamienicy w samiutkim centrum ujął nas nie tylko fajnym wyglądem, ale też nazajutrz śniadankiem i osobą właściciela - Japończyka, który przeniósł się tak daleko przez... jakże by inaczej - miłość :)
Cóż, gdyby nie klimat, to mnie też nie trzeba by było długo namawiać. Tallin jest wspaniały, cudowny i niezapomniany. Niestety również niewiarygodnie zatłoczony turystami, dlatego na miejsce zbiórki w końcowym odcinku lecieliśmy niemal biegiem. A była to zbiórka na wycieczkę :) Podobnie jak w Poznaniu, tak i tam istnieje inicjatywa obywatelska, propagująca za co łaska wiedzę o mieście w sposób możliwie najbardziej przystępny, zabawny i skompresowany. Nas oprowadzała młoda hipsterka z czerwonymi włosami i generalnie zakochałam się w niej :D Była świetna! Opowiedziała nam m.in. historię kościoła, który Estończycy za czasów okupacji rosyjskiej chcieli odbudować, ale ze względu na panujący ustrój nie mieli argumentów ku temu. Postanowili więc przewrotnie podsunąć Ruskim, że taki odrestaurowany zabytek przyda się do założenia w nim Muzeum. Muzeum Ateizmu :D I Ruskie się zgodzili! Mało tego, odbudowali jeszcze chyba z siedem innych kościołów! Do powstania Muzeum Ateizmu oczywiście nigdy nie doszło - ale kościoły stoją nadal :) Chociaż z tym ateizmem wielkiej przesady by nie było. Podobnie jak w Czechach, tak i w Estonii odsetek wierzących nie jest duży. Podobno większość na pytanie, w co wierzy, odpowiada, że w... przyrodę i naturę. Dziwne, że się tam nie urodziłam :)

Wycieczka trwała dwie godziny i naśmialiśmy się podczas niej niewąsko. Jak to zwykle bywa, po drodze dołączali do nas kolejni turyści, zatem pod koniec za naszą przewodniczką szło już dobre 60 osób! Odstawiła nas na rynku nieopodal ratusza. Rynek klimatem przypomina Kraków, więc od razu poczułam się prawie jak w domu :) 
Chmurka zarządziła obiad i uprowadziła nas do III Draakon w arkadach ratusza. Jest to epicka knajpa w średniowiecznym wydaniu, z obsługą ubraną w historyczne stroje. Kłębi się tam mrowie ludzi, o siedzeniu w klimatycznym wnętrzu nie było zatem nawet mowy, a szkoda, bowiem miejsce ma niezwykłą atmosferę - półmrok, lekki zaduch, kojarzy się z popijawami w karczmach z czasów rycerzy, płatnych zabójców, wiedźm i czarnych kotów. Chętnie wróciłabym, by w tym niezwykłym otoczeniu poczytać Sapkowskiego :) I oczywiście zjeść zupę z łosia! Elk soup smakowała po prostu rewelacyjnie. Taki gulasz z mięskiem i warzywami, podawany w kamionkowych miseczkach i zawsze bez łyżki, więc trzeba siorbać - w końcu byliśmy w Średniowieczu :) Gdy podstawiono nam te miseczki, nie mogliśmy się powstrzymać, wszyscy wyciągnęliśmy aparaty i poczęliśmy robić zdjęcia. Starszą panią siedzącą naprzeciwko - jak się okazało, Brytyjkę jadącą do Rosji - ujęliśmy tym gestem na tyle, że wyciągnęła swój aparat i również zrobiła zdjęcie, ale... nam :D 
Pogawędziliśmy z nią, pośmialiśmy się trochę i poszliśmy dalej cudownymi uliczkami, ciasnymi i krętymi, wzdłuż urokliwych kamieniczek i murów obronnych z Bramą Morską na czele. Przecięliśmy charakterystyczną ulicę Pikk, ciągnącą się przez całe Stare Miasto; dotarliśmy też do Placu Wolności, z Kolumną Zwycięstwa, której podobno wszyscy Estończycy nie znoszą tak, jak Paryżanie Wieży Eiffla ;) 
Dalej zaszliśmy do Górnego Miasta ze wzgórzem katedralnym i cudownym soborem Aleksandra Newskiego, który podobno wiecznie remontują ;) Stamtąd kolejną bramą udaliśmy się na pozostałości zamku Toompea i platformę widokową. Widok obezwładniał, a to jeszcze nie było wszystko, mieliśmy bowiem udać się wyżej, na kościół św. Olafa! Dotarliśmy do niego ulicą Müürivahe, prowadzącą wzdłuż pięknych jasnych murów miasta, wspięliśmy się po niezliczonych wręcz, wąziutkich stopniach i w końcu stanęliśmy na dachu. Centralnie na dachu, bowiem taras widokowy mieści się na podstawie wieży kościoła. Chodzi się dookoła po szerokości dosłownie trzech zbitych desek, i chociaż metalowa barierka powinna dawać wrażenie bezpieczeństwa - nie daje. Ja obchodziłam tę wieżę tak niepewnie, jakbym niosła jakieś wyjątkowo cenne szkło, natomiast niektórzy ludzie zupełnie nie mieli oporu, żeby się jeszcze przepychać. Ale widoki rekompensowały wszystko! Czerwone dachy, morze, promy, palące słońce... ach.
A na jednej ścianie wieży widniała naklejka Lecha Poznań, na który to krzepiący widok zgodnie zakrzyknęliśmy: Nasi tu byli!!! :D 

 
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o raj biologów, czyli Raeapteek - Aptekę Ratuszową, jedną z najstarszych w Europie, z bardzo interesującą ekspozycją muzealną - poza zielnikami, mikroskopami, wagami, XIX-wieczną aspiryną i planszówką na posadzce można tam obejrzeć takie smakołyki jak zasuszone prącie jelenia tudzież dżdżownice w oleju. Pycha! :D 
I znów nastało późne popołudnie, i znów z żalem wyjeżdżaliśmy, kierując się do Tartu - drugiego co do wielkości miasta w Estonii. Po drodze zatrzymaliśmy się obok przydrożnej knajpy, na pierwszy rzut oka całkiem normalnej i milutkiej. Nasz wzrok przykuła jednak intrygująca mapa - w legendzie ktoś ślicznie ponumerował i opisał zabytki, obok nawet pokazał zdjęcia tych zabytków, tylko co z tego, skoro zapomniał nanieść numerki na mapę :D Samo to wystarczyło, byśmy pokulali się ze śmiechu (człowiek zmęczony nie potrzebuje wielu bodźców do głupawki), lecz to nie był koniec - wystarczyło się odwrócić, by ujrzeć dość osobliwy wychodek: bez drzwi, z klapą na kłódkę i na dodatek z oszklonymi ścianami. Intymność jak w pysk strzelił. Ale papier, mydło, woda, i nawet wiadro - były. Czystość ponad wszystko!