11 sierpnia 2017

Daleko od miasta

Tak naprawdę już rok temu postanowiłam, jak będą wyglądać tegoroczne wakacje. Ilość zdarzeń i stopień zmęczenia skutkował narastającą z każdym dniem potrzebą odpoczynku. Nie zwiedzania, nie biegania, tylko po prostu odpoczynku. Za realizację marzenia zabrałam się dość późno, przez co w większości kwater nie było wolnych miejsc. Nie miałam sprecyzowanej preferowanej okolicy, ale uparłam się, że ma to być Warmia lub Mazury. A wiecie, że jak się uprze strzelcowa wiedźma, to pozamiatane, będzie i już, choćby skały srały.

Po paru odmowach zaczęłam podpytywać polecanych przez renomowaną stronę noclegowni. I tak trafiłam na Pana J., którego najpierw nie wzięłam pod uwagę, ponieważ nie miał żadnej strony www. Urzekła mnie wprawdzie informacja o domu z drewna, ale bez zdjęcia nie zdecydowałam się na telefon.
Gdy po kilku dniach poszukiwań prawie straciłam nadzieję, że znajdę wymarzoną ostoję, wpisałam z głupia frant w internet hasło o drewnianym domu w tamtej okolicy, i ku mojemu zdumieniu wyskoczyła oferta właśnie od Pana J.! Przymierzałam się do niej jak wilk do jeża, ale ostatecznie co mi szkodziło napisać. I okazało się, że domek jest wolny w tym terminie!

Zdjęć nie było wiele, opinii zero, nie licząc wspomnianego polecenia, ale poczułam znajomą energię, intuicyjnie jak to ja wyczułam, że tak, właśnie tam. Bosska się zachwyciła, że w ogóle coś znalazłam, Strzelec nawet nie spojrzał na wysłanego linka, tylko od razu się zgodził, z Panem J. wszystko sobie objaśniliśmy, i tak w ostatnią sobotę lipca o poranku ruszyliśmy na spotkanie z Przygodą.

Byłam trochę zdziwiona, że Pan J. nie podał mi dokładnego adresu, a w zamian narysował mapkę i opisał dojazd. Na miejscu przestałam się dziwić, adres zaiste nic by mi nie dał. Nawet z mapką kilkakrotnie się zgubiliśmy i mieliśmy ze Strzelcem wymianę zdań, gdzie należy jechać. Oczywiście za każdym razem okazywało się, że to ja lepiej czytam mapę - nawet mnie to nie zdziwiło ;) Ale jako doświadczona kobieta pozwalałam mu się wykazać i empirycznie sprawdzić, że to ja mam rację :D Jechaliśmy sami, ponieważ z Bosską mieliśmy się spotkać w Olsztynie i stamtąd po wieczorze w mieście zgarnąć ją do nas. Pierwsze wrażenie zatem należało tylko do Strzelca i do mnie. W miarę przemierzania coraz bardziej leśnej drogi były to wrażenia dość niepewne. Coraz dalej od ludzkich osad, coraz głębiej w łąkę na skraju lasu... jakimś cudem w gęstwinie dostrzegłam coś jakby dom, ale na skręcie stał... samochód. Całkiem mi to przypominało moją przygodę z opuszczonym miastem w Kalabrii, gdzie również stał porzucony samochód... Trochę żeśmy się go zlękli, nie powiem. Potem przestaliśmy zwracać nań uwagę, w przeciwieństwie do Bosski, która do końca pozostała nieufna w stosunku do całego miejsca, mimo zachwytu nad jego urodą.

Byliśmy w kompletnej głuszy! Nie było wifi, o co w sumie nawet nie spytałam, zakładając przed wyjazdem trzy rzeczy - że nie będę korzystać z internetu, nie będę się malować i nie będę nosić stanika :D Prawie się udało ;)
Był natomiast wielgaśny taras ze wspaniałym zadaszeniem, pod którym nawet w trakcie ulew można było spokojnie siedzieć. Był zagajnik z młodą brzeziną oraz sosnami, za nimi rozciągała się wielka łąka, aż po skraj gęstego lasu. Do najbliższego sklepu - jakieś 20 minut piechotą po polnej drodze, wśród pagórków i cudownych widoków. I najlepsze - najbliżsi sąsiedzi oddaleni tak, że nie było ich widać, a słychać tylko gdy wiatr niósł głos. Trochę jak z horroru, ale... BAJAAAA :D


Pierwszy wieczór spędziliśmy w Olsztynie. Zupełnym przypadkiem trafiliśmy do knajpki Cudne Manowce, polecanej przez Kuchnię+, oznaczonej logo Dziedzictwa Kulinarnego Warmii i Mazur, co gwarantuje lokalność składników i regionalność dań. Zaiste cudna to knajpa jest...! Na widok menu wszyscy doznaliśmy trwałego uszkodzenia mózgu, dlatego postanowiliśmy spróbować dużo, a co, raz się żyje. Podpłomyki, pierożki z jelenia, kurczak zapiekany z boczkiem i kozim serem, polędwiczki w sosie kurkowym z kompozycją kasz warmińskich, oraz mój faworyt - zupa z pokrzyw ze ślimakami. Co za smak! Rozpusta dla podniebienia. A na popitkę Piwo Mniszkowe Warmińskich Chłopów Bosych :D Tak nakarmieni, w szampańskich (albo raczej mniszkowych) nastrojach po krótkim obejściu miasta ewakuowaliśmy się w egipskich ciemnościach do naszej głuszy. 

Kolejny dzień spędziliśmy stacjonarnie. Leżakowanie, opalanie, czytanie, wdychanie leśnego powietrza, mnóstwo rozmów, śmiechu z niczego i ze wszystkiego. I tylko Strzelec latał dookoła chatki w poszukiwaniu zasięgu internetu do oglądania Formuły1 ;)
Wieczorem przy świetle gwiazd oglądaliśmy "Grę o tron" i popijaliśmy alkohol, pech chciał, że tego dnia użądliła mnie pszczoła i ręka mi spuchła dosłownie jak bania, więc dostałam podwójną porcję każdego trunku dla zabicia zarazy ;)
Nie było to chyba zbyt rozsądne, ale przynajmniej uleczyło psychikę na tyle, że jeszcze ich wyciągnęłam na wieczorny spacer. Stało się to potem codzienną regułą, oni marudzili, ja ich cisnęłam, aż zaczęli mnie nazywać Puppy, takim szczeniaczkiem, którego trzeba wyprowadzić na spacer, żeby się wylatał i dał spokój :D 
A krajobrazy były warte mojej determinacji...
Nieustannie poganiana, w biegu... Fot. Bosska
Proces tworzenia ;) Fot. Strzelec
Nad dobrym zdjęciem warto się pochylić ;) Fot. Strzelec
Fot. Strzelec
Następnego dnia na głodniaka, a ja nawet w piżamie, podjechaliśmy do sklepu i kupiliśmy chleb i takie tam. Po czym nagle spłynęła na nas chęć zakupienia lokalnych jajek. Pan J. zostawił rozpiskę, co u kogo można dostać, więc udaliśmy się do Pani Ewy. Pani wyglądała i zachowywała się trochę jakby piorun w nią strzelił (co było całkiem prawdopodobne, ponieważ chwilę wcześniej skończyła się burza, którą pani, jak sama przyznała, twardo przespała), z miejsca powiedziała, że dziś jaj nie ma, ale gdy wyraźnie posmutnieliśmy, przyznała, że ma 10 jaj, tylko nikomu nie mówi, bo zwykle wszyscy kupują 30. Zważywszy gigantyczne rozmiary naszej lodówki, w której ledwo mieściło się 6 piw i trochę jedzenia, z ochotą przyjęliśmy zaproponowaną ilość. A skoro już nam tak dobrze szło, to postanowiliśmy pojechać również po wypisane na kartce sery. Trafiliśmy do zagrody, w której pan, rodem bodajże ze Skandynawii, polszczyzną niepozbawioną akcentu zaczął opowiadać o swoich produktach. 
By nie być gołosłownym, przyniósł ser wielkości opony, na widok którego zagrały nam wszystkie kiszki i wydzieliła się ślina jak u psa Pawłowa, dał posmakować, potem przytargał ogromne domowe mozzarelle, a na koniec jeszcze dorzucił prawdziwe masło. Takim masłem nie godziło się smarować shitu sklepowego, zatem udaliśmy się jeszcze na poszukiwanie wypiekanego chleba. Okazało się, że Pani Dorota dopiero co właśnie upiekła bochenek i dostaliśmy JESZCZE CIEPŁY! Gdy weszliśmy z nim do samochodu, każde miało ochotę uszarpać kawał niczym dziki zwierz. Ale przecież skoro już jeździliśmy po okolicznych wioskach, to i obiad warto by było upolować. Zatrzymaliśmy się przed mięsnym, który wyglądał dość niepozornie. W środku natomiast... każda wędlina miała znaczek Dziedzictwa Kulinarnego! A młoda ekspedientka miała na twarzy tak szeroki radosny uśmiech, że coś mnie natchnęło i spytałam, czy nie orientuje się, gdzie by tu można kupić domowe wino. Babka odpowiedziała, że wino to nie, ale jej sąsiedzi robią własny cydr :D No to... pojechaliśmy po cydr :D 

Z dźwiękami "Walca kwiatów" Czajkowskiego (TU) przemierzaliśmy polne drogi, łąki i lasy. I tak... ludzie świata, gdzie my trafiliśmy! Siedlisko nazywa się Kwaśne Jabłko (TU). Nawet nie wiedzieliśmy, że ich cydr wygrywa konkursy, zarówno polskie, jak i zagraniczne, w tym najstarszy konkurs w Wielkiej Brytanii! Nie wiedzieliśmy też, że znajdziemy taką perełkę na mapie Polski - miejsce z pasją tworzenia, o której opowiadał nam właściciel, niemal nasz równolatek. Zaproszono nas do pokoju degustacji, na chwilę zostaliśmy sami, mimo że wokół stało pełno butelek, kasetka z pieniędzmi - tam nikt nawet nie pomyślał, że moglibyśmy coś wynieść. Właściciel, Marcin, przywitał nas jak starych znajomych, bez cienia rezerwy zaczął z nami świetną i niezwykle inspirującą rozmowę, opowiadał o siedlisku, o alkoholach, ale też o gościach, o tym, jak miastowi przybywają i niemal sfiksowani pytają, jakie są wokół rozrywki, co można zwiedzić, czym mogą się bawić dzieci - a potem okazuje się, że ich dzieci uczą się bawić tym, co same znajdą, największą radość czerpiąc z pomagania w zmaganiach ze stonką na ekologicznych ziemniakach, zaś dorośli po chwili odwyku od gonitwy nagle znajdują przyjemność ze zwykłego gapienia się w niebo, w czym prawdopodobnie wydatnie pomaga również ów magiczny trunek ;) Czułam się jak żywcem wyjęta z planu programu "Daleko od miasta"! A propos trunku - opowieści toczyły się, że tak powiem, nie o "suchym pysku" - Marcin w międzyczasie zdążył nalać nam do posmakowania trzy rodzaje cydru. Strzelec jako kierowca musiał obejść się smakiem, natomiast my z Bosską z zapałem dokonałyśmy degustacji, co spowodowało - a przypominam, że byliśmy na czczo, nie licząc paru plastrów sera - pewien rodzaj przyjemnego zawrotu głowy ;) 
Fot. Bosska
Fot. Bosska
Fot. z telefonu Strzelca
Fot. Strzelec
Gospodarz opowieść swą zakończył zaproszeniem do poczęstowania się malinami prosto z krzaka, ruszyliśmy zatem w ogród. Jakże żałowałam, że nie miałam przy sobie aparatu! Przecież mieliśmy tylko JECHAĆ PO MAŁE ZAKUPY NA ŚNIADANIE! :D 
Gdy w południe wreszcie wróciliśmy do chatki i postawiliśmy nasze łupy na stole, wdychając ich zapach i delektując się ich smakiem - nie mogliśmy uwierzyć, że przygodą jest dla nas wyprawa po zdrowe jedzenie. Przecież to powinna być normalność... Każdy zapragnął szczerze zmienić swoje życie. Kto wie, może to jakiś zalążek... 

Cdn.

29 lipca 2017

Oddech, oddech!

W tym tygodniu byłam pewna, że zgnijemy. Ja i moje rośliny. Lało prawie bez przerwy i zastanawiałam się, ile to niebo jeszcze pomieści ołowianych chmur. Już mi brzoza zaczęła chorować... 

... a bo ja nie pisałam o brzozie...!

Otóż coś mnie napadło i uparłam się na to jakże niebezpieczne drzewo zamachowców. Alternatywą mógł być dąb i klon, ale brzoza przodowała w rankingu najbardziej pożądanego rodzaju. Rozpowszechniłam informację wśród znajomych, można rzec, że uległam jakiemuś opętaniu, ponieważ niemal każda rozmowa w końcu schodziła na moje poszukiwania brzozy. Gdy już wszyscy wiedzieli, że będę mieć brzozę, zaczęłam poszukiwania. Tak, wiem, osobliwa kolejność... i, jak się okazało, dość lekkomyślna, ponieważ o ile drzewo to pospolite, to w ogrodniczych już wcale nie tak bardzo, zwłaszcza że nie zamierzałam sprawić, by zawitała trzy piętra wyżej, czyli musiała być to wersja płacząca, przygięta tak, by rosła tylko w dół. W moim ukochanym centrum ogrodniczym, które jest tak piękne, że najchętniej bym w nim zamieszkała, niestety nie było takiego drzewka. W marketach również zapomnij. Gdy dotarłam do centrum ogrodniczego, w którym kiedyś dorabiałam, okazało się, że mają. Tylko że wszystkie drzewka były stłoczone w jakimś totalnym gąszczu, w który trzeba było się wedrzeć, by wybrać odpowiednią wielkość. Najpierw zastanawiałam się nad takim trochę niższym, za to z wielkimi liśćmi. Ale intuicja kazała mi jednak wleźć głębiej w busz, by z poświęceniem pobuszować jeszcze. I poczułam silny zew natury, który mówił - oto i ona! Młodzieniec z obsługi wytaszczył ją dla mnie, a ja z miejsca oddałam jej swoje serce. Miłość od pierwszego wejrzenia. Dwumetrowa :D W związku z czym musiała przyjechać specjalnym transportem, który kosztował tyle co połowa tego drzewka, ale warto było! Jest taka piękna, ja w ogóle kocham brzozy, taka spuścizna po Dziadku, który mawiał, że brzoza jest jak panna młoda z zielonym wiankiem. Moja nie ma jeszcze białej sukienki, bo jest nieletnia, ale i tak wygląda cudnie, tylko przez tę cholerną pogodę złapała grzyba na listkach, bynajmniej nie jadalnego. Tak mnie to jakoś przeraziło, jakbym co najmniej to ja była chora, aż mi się śniło, że opadły z niej wszystkie liście i płakałam w tym śnie krokodylimi łzami. W lesie widziałam jednak, że to globalny problem z tą atraknozą, czemu ciężko się dziwić przy takiej zakichanej aurze. Ale nie narzekajmy, dziś ledwo wyszłam z pracy, nagle zaświeciło słońce. Taki prezent na dobry początek urlopu! Ja pierdolę, wreszcie! Nie mam pojęcia, jak przetrwałam ten rok. Był tak trudny, że postanowiłam zrobić sobie stacjonarny urlop, bez lataniny. Jedziemy w głuszę, lasy, pola, łąki, nawet jezioro jest dużo dalej :D Co więcej, nie mam dokładnego adresu, tylko mapkę ręcznie narysowaną przez właściciela, nie spytałam nawet, czy jest tam internet, klucz mam sobie wyciągnąć z witryny na tarasie... i jedziemy robić nic. Jednak żeby nie było tak lajtowo, to potem... o, potem będzie mały hardcore :D Taki troszkę powrót do przeszłości z czasów, gdy ledwo co uzyskałam pełnoletniość :D 
A co do roślin jeszcze, to mam ich już tyle, że naprawdę powinnam sobie na balkonie zamontować jakiś beczkowóz, i najlepiej żeby się wypełniał deszczówką. Na razie nie posiadłam umiejętności opierania się pokusie kupowania kwiatów... Ale jak już doprowadzę ten balkon do właściwego wyglądu, to zaprawdę powiadam Wam, że będzie pięknie. Tylko trzeba wytłuc zasrańce, obrzydliwe wstrętne kreatury, zwane gołębiami. W hierarchii nienawiści i hejtu są u mnie na drugim miejscu po komarach. Ale o tym innym razem, teraz już naprawdę uważam, iż warto by było pospać przed podróżą, chociaż nie wiem, jak zasnę, ponieważ sąsiedzi mają imprezkę (jebnę im, za całokształt, ale o tym też innym razem).