14 września 2015

Italia ach Italia

Wizytę w Karkonoszach, Nepalu, Iranie i Afryce musieliśmy nieco odespać, zatem ostatni dzień zwiedzania był bardzo spokojny. Dotarliśmy do mitycznej Scylii, w której za czasów Homera czaiła się, jak sama nazwa wskazuje, potworna Scylla, wespół z Charybdą broniąca przejścia przez Cieśninę Mesyńską. Miejscowość wcina się w morze skałą, na której wznosi się zamek Ruffo. Rozciąga się stamtąd oszałamiający widok na wzgórza Aspromonte i Sycylię, a z drugiej strony - na miasteczko rybackie Chianalea, z portem i obłędnymi restauracjami na wodzie. Długo gapiliśmy się w nieprzyzwoicie przejrzystą, falującą wodę, nucąc cicho Smoke City "Underwater love" (TU). Potem oczywiście porobiliśmy zdjęcia - a trzeba Wam wiedzieć, że podczas całego pobytu ulęgło nam się sporo klasycznych póz, m.in.: na wędrowca, na Mickiewicza, na Słowackiego, na hollywoodzki uśmiech, na luja, na Biebera. Wszystkie do dziś praktykowane :D
Mityczna Scylla
Wzgórza Aspromonte
W tle - Sycylia
Zamek Ruffo
Fot. by JeyZ
Chianalea
Fot. by JeyZ
Po zejściu na wybrzeże powitała nas cudowna plaża i knajpy, i tym sposobem znaleźliśmy się w... Zanzibarze :D Gdy tylko zobaczyliśmy tę nazwę, od razu wiedzieliśmy, gdzie się napijemy. Niestety zostaliśmy tam naprawdę krótko, ponieważ moi towarzysze coraz gorzej się czuli. JeyZ, poza tym, że się spiekł, to jeszcze przywalił głową w kant otwartego bagażnika, więc skóra zeszła mu z czoła w trójkąt, przez co wyglądał wypisz wymaluj jak Drakula :D I niestety tylko ja tego dnia zadbałam o pożywienie, wcinając na przemian bułkę i banana, jak Małysz ;) Oni właściwie od śniadania nie mieli nic w ustach (kolejna hańba służby zdrowia), nic dziwnego zatem, że zaczęli mi jęczeć i chcieli wracać, a ja wtedy jeszcze nie znałam przyczyny i byłam wściekła jak osa, zwłaszcza że w planach miałam Reggio di Calabria. 

Wróciliśmy do hotelu w kiepskich nastrojach, JeyZ z narastającym kaszlem, ja wkurzona, Kuli jakaś taka osłabła, ale mimo wszystko zgodziła się pójść ze mną na plażę. Ponieważ nie miałam bladego pojęcia, gdzie owa może się znajdować, podeszłam do pani, którą codziennie spotykaliśmy na śniadaniu, i spytałam ją grzecznie, jak można dotrzeć do plaży. Pani popatrzyła na mnie, jakby któraś z nas miała coś z deklem, no bo w sumie to dość niecodziennie pytanie po tygodniu pobytu... Ale drogę wskazała, określając ją jednak jako dość trudną, i radząc wdziać inne niż japonki buty. Trochę tym zaniepokojone, posłusznie założyłyśmy baletki i poszłyśmy na spotkanie z Przygodą. Okazało się, że faktycznie Przygoda była. Plaża leżała u stóp stromego klifu, w dodatku o tej godzinie masakrycznie nasłonecznionego. Prawdę mówiąc bardzo źle się schodziło bez butów trekkingowych, ale ja pewnie bym poszła dalej, niestety w tej temperaturze i nadal bez jedzenia Kuli w połowie drogi odmówiła współpracy, a w trakcie odwrotu centralnie zaczęła się słaniać. To był dzień mojego głębokiego wkurwu, po raz kolejny musiałam z czegoś zrezygnować, co w przypadku zwiedzania zupełnie nie jest w moim stylu. Ale wzięłam oddech, wybaczyłam, pozwoliłam Kuli przekupić się pomarańczą, nawet nie zaraziłam się od JeyZ przeziębieniem, i tylko następnego dnia w drodze na lotnisko musiałam go nawigować jeszcze pilniej niż zwykle, bo biedak ledwo trzymał kierownicę. 
Zejście na "naszą" plażę
Taki tam klif
Cały wyjazd można podsumować jednym słowem: Adventurro! Słowotwórstwo zaczęliśmy bowiem uprawiać już pierwszego dnia, uznając za stosowne wtapianie lingwistyczne w tłum. A że przygód stało sporo, na poczekaniu wymyśliłam ich włoski odpowiednik, rzecz jasna z właściwą wymową i gestykulacją! Potem jeszcze wiele angielskich słów przerabialiśmy na włoski (w końcu oba języki pochodzą z łaciny), ale w upale rzecz była na tyle skomplikowana, że doszłam do wniosku, iż łatwiej będzie używać po prostu polskich słów, jeno z odpowiednim akcentowaniem. I tak łaziliśmy ulicami i darliśmy się do siebie po polsku z włoską przesadą, głęboko wierząc, że Włosi uznają to za osobliwy, acz włoski dialekt. Do końca nikt nas z błędu nie wyprowadził :D 
Fot. by Kuli

10 komentarzy:

  1. czy tam ktoś mieszka??? tam nie ma ludzi.., no zejście na plażę dla prawdziwych fanatyków plaży heh.., co sie nie poddają i ładna jaszczurzasta, u nas były żabki, zielone na górze pomarańczowe od brzuszka.. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało luda, mało. Bardzo mało turystyczne miejsce, co dziwi, biorąc pod uwagę i urodę, i w ogóle prestiż turystyczny kraju. Nie wiem, skąd się ta bieda wzięła w miejscu z tak niezwykłym potencjałem. Ale dobrze dla nas, że są jeszcze miejsca, gdzie nie trzeba się przeciskać i gdzie ludzie nie brzęczą, tylko co najwyżej gdzieś tam zaszemrają z dala.
      Ojej, takich jeszcze nie widziałam! A ja tak kocham żabki, w ogóle najchętniej bym przygarnęła wszystkie płazy i gady :)

      Usuń
  2. Ty to masz chyba oprócz wspomnianej już wcześniej wady wzroku ;) dodatkowo jeszcze ADHD ;) Współtowarzysze już padli, Giulietta pewnie nadawała się do kapitalnego remontu (zwłaszcza sprzęgło i hamulce ;) a Ty ciągle do przodu, więcej, szybciej, ciągle mało!!! Strach z Tobą gdzieś jechać ;) Moc energii w kształtnym ciele ;) Turbo jak u króliczka z Energizera ;) A tak poza tym, to zdjęcia cudowne, kompozycja, kolory, poezja... Najcudowniejsze jest jednak zdjęcie ostatnie, na widok którego przypomniał mi się innego rodzaju króliczek :D ;)

    Bellissima !!!

    :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja wiem, że przeginam czasem. Jak sobie coś założę, wymyślę, ubzduram, to koniec. A już jak płachta na byka działa na mnie, gdy ktoś podejmie decyzję odwrotu za mnie, beze mnie, przeciwko mnie ;) Taka natura Strzelca. Jesteśmy mili i uroczy, ale przychodzi taki moment albo nadepnięcie na taki odcisk, że grzyb bomby atomowej jest malutką eksplozyjką :D A już najgorzej, gdy zetrze się Strzelec ze Strzelcem. Na szczęście nas złość prędko męczy i łatwo się z nami pogodzić ;)

      Dziękuję :D Ale tych zdjęć po prostu nie dało się zepsuć. Tzn. mówię oczywiście o plenerach ;)

      :****

      Usuń
    2. A ja akurat generalnie nie mówiłem o plenerach :D uparty Strzelcze ;)

      :***

      Usuń
    3. Są momenty, w których nasz upór potrafi zmaleć ;) ;****

      Usuń
  3. Najlepsze zdjęcie na koniec :)
    Czy na tym zdjęciu podpisanym "Chianalea" to tam w tle jest jakiś wiadukt w budowie, czy tylko mi tak wygląda na nieukończone?
    Ta twierdza na klifie, czerwone dachy domów, aż mi się Dubrovnik przypomina. Pięknie :)
    Mimo niewielkich przeciwności i tak mieliście wspaniałą przygodę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I prawdopodobnie sama też robię na nim zdjęcie :D Dziękuję ;)
      Tak, w którymś poście już pisałam, że oni z mozołem robią te swoje autostrady ;) Budowa ciągnie się dziesiątki lat, i to jest właśnie jedna z nich.
      W sumie z Włoch do Chorwacji blisko, te południowe kraje są dość podobne z zabudowy...
      O tak. To były fantastyczne wakacje...

      Usuń
  4. Po tym opisie skojarzyłaś mi się nieco ze Sławkiem, z którym rok temu bujaliśmy się po Grecji. Jak naspidowany chciał ganiać wszędzie, zobaczyć wszystko naraz i najlepiej nie spać. Bo spać będzie w domu, po powrocie do PL... Soreczka, ale ja niewyspana i zmęczona potrafię spacyfikować nawet najbardziej nakręconego turystę. Jak cieszyć się widokami, kiedy ktoś źle się czuje czy jest zmęczony jak fix? Widać Strzelec ze mnie taki trochę wyliniały ;))) Za to jak się wyśpię i wypocznę (plus nie jestem głodna), mogę zwiedzać ile wlezie. Trasa na plażę bardzo mi się spodobała, serio serio :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, jak ja chłopa rozumiem :D Haha, możesz nas poznać, i zobaczymy, kto pierwszy wymięknie na wyjeździe ;)
      To chyba nie zależy akurat od bycia Strzelcem. W końcu oni oboje Strzelce, a jakoś nie zachowywali się jak naspidowani ;)

      Też mi się podobała. Ale może niekoniecznie o tamtej godzinie :D

      Usuń