11 września 2016

Dźwięk piękna

Zafascynowana zeszłorocznym Konkursem Pianistycznym im. Fryderyka Chopina, marzyłam o zobaczeniu jego laureata na żywo, koniecznie z Koncertem e-moll w repertuarze. W zeszłym roku mogłam sobie tylko pośnić o biletach - rozeszły się w pięć sekund. W tym natomiast przypadkiem trafiłam na informację, że do Poznania przyjeżdża Kate Liu, laureatka! Bez chwili wahania kupiłam bilety. I choć akurat transcendentne wykonanie Kate nie do końca było w moim stylu - serce skradł mi na amen Szymon Nehring ze swoją krwistą męską interpretacją - czekałam na ten dzień z utęsknieniem. Wreszcie nastał upragniony piątek, wróciłam z pracy i rozpoczęłam przygotowania.
Nagle podchodzi do mnie tata i mówi, że piszą o tym koncercie w gazecie, ale zagra... ktoś zupełnie inny!
Najpierw go obśmiałam, że próbuje mnie wkręcić. Ale wrócił z gazetą i zrozumiałam, że oho, chyba coś jest na rzeczy. I faktycznie było napisane, że zagra Jan Lisiecki!
Prawie się udusiłam z oburzenia, uruchomiłam internet, wierząc, że to jakaś pomyłka - ale nie! Kate odwołała koncerty z powodu choroby i naprawdę NIE ZAGRA!

Oczywiście można było zwrócić bilety, ale nie po to czekałam calutki miesiąc, a właściwie prawie rok na ten dzień, żeby tak po prostu nie pójść. Niemniej byłam strasznie zła. Nie można się niczym wcześniej pochwalić, no nie można. Przekonałam się o tym w tym roku aż nadto.

Ostatnim rzutem na taśmę w irytacji postanowiłam chociaż przeczytać, co to za jeden ten Lisiecki. 
I dobrze zrobiłam ;) Ponieważ złość niemalże minęła na widok pierwszych z brzegu informacji. Najmłodszy pianista, z którym Deutsche Grammophon podpisało umowę płytową, geniusz matematyczny, występował w największych salach koncertowych, w tym w Carnegie Hall, grał też dla królowej Elżbiety II!
Pomyślałam sobie "No dobrze".

Zapięłam bladoróżową zwiewną sukienkę, wsunęłam czółenka koloru nude, włosy ułożyły się w naturalny skręt, wieczorowy makijaż dopełnił dzieła. Pachnąca ukochanym Gucci Envy ruszyłam na spotkanie z wysoką kulturą.

W Auli Uniwersyteckiej ostatni raz byłam na swoim własnym absolutorium. Nie muszę chyba mówić, ile to już lat minęło ;) Rozglądałam się z zaciekawieniem, sala jest naprawdę śliczna. Elegancka, jasna i ciepła, ze smacznymi złoceniami i kryształowymi żyrandolami. Gdy wybrzmiał ostatni dzwonek, zamknięto drzwi i rozpoczął się koncert. Zgromadził ów wiele osobistości, gdyż 70. otwarcie sezonu artystycznego Filharmonii Poznańskiej dedykowane było Światowemu Kongresowi Stomatologów. Prominentni goście z całego świata mieli możliwość usłyszenia wspaniałej polskiej muzyki, w programie była bowiem Kurpińskiego Uwertura do opery Zabobon czyli Krakowiacy i Górale, II Koncert skrzypcowy d-moll op. 22 Wieniawskiego i na deser - wspomniany już mój ukochany Koncert fortepianowy e-moll op. 11 Chopina. 

Po krótkim wprowadzeniu Orkiestra Filharmonii Poznańskiej w imponującym stylu zainaugurowała wieczór. Kurpiński w jej wykonaniu był wspaniały! Po tym mocnym akcencie na scenie pojawiła się obiecująca młoda skrzypaczka Amelia Maszońska, przygotowująca się do konkursu Wieniawskiego, który odbędzie się już niedługo w Poznaniu. Jakież ona dźwięki wydobywała na tym szlachetnym instrumencie... Przy genialnym akompaniamencie orkiestry energia była niesamowita, brawa zatrzęsły wręcz salą po tej części. Ciekawa byłam ogromnie, co pokaże młody Lisiecki. Wyszedł na scenę pewny siebie, zasiadł za instrumentem i kiwnął dyrygentowi. I rozbrzmiały najcudowniejsze dźwięki, tak bardzo uderzające w moją duszę, tak silne emocje wyzwalające... Nie fruwaliśmy w obłokach, jak u Kate, tylko pięknie polsko stąpaliśmy po szalenie barwnej ziemi. Każda z trzech części była magiczna. Gdy w Allegro maestoso brzmiały kotły, dreszcze elektryzowały całe moje ciało, choć takich momentów było i więcej. Przy Romance. Larghetto zamknęłam oczy, czując, jak dotykam rosy na trawie, przy ledwo wschodzącym słońcu, gdzieś na końcu świata, głaszczę opuszkami palców taflę wody jeziora, wiatr owiewa mi twarz i zabawia się kosmykami włosów. Jak zawsze największą radość i wzruszenie przyniosło jednak Rondo. Vivace, i jego wspaniały, rytmiczny krakowiak. Podrygiwałam ukradkiem w fotelu, a w moich ulubionych momentach autentycznie przestawałam oddychać! Zapominałam całkowicie o czymś takim jak oddech! To są wrażenia nie do opisania. Może je pojąć tylko ktoś, kto organicznie każdym centymetrem kocha muzykę. 
Gdy słyszałam, że gra dobiega końca, miałam łzy w oczach. Nie chciałam się rozstawać z tym pięknem. To niezwykłe, nieprawdopodobnie niezwykłe, jakim geniuszem był Chopin, i jak wspaniałymi artystami są ci, którzy potrafią i mają prawo go interpretować. Brakowało mi momentami tej wysłuchanej setki razy gry Nehringa, uderzeń w punkt, który nauczyłam się na pamięć, ale to raczej kwestia przyzwyczajenia niż jakości gry - Jan Lisiecki czarował bezsprzecznie. Nie tylko Koncertem, ale i wywołanymi dwukrotnie bisami - migoczącym gwiazdami jak noc Nokturnem Chopina - TU oraz jedwabistym, zwiewnym "Marzeniem" Schumanna (TU). Aula grzmiała oklaskami na pożegnanie, nie chciałam wychodzić z żalu, że to koniec. 

Opuściliśmy salę, wdychając cudowne wrześniowe, gorące mimo późnej pory powietrze. Głowę miałam pełną nut, na policzkach rumieniec, wzrok nieobecny. To był taki piękny wieczór.

12 komentarzy:

  1. Nie chciałabym psuć magicznego nastroju, w jaki wprowadził mnie ten post, ale w mojej głowie pojawiła się prozaiczna (prostacka) myśl, że porządnie się odchamiłam dzięki temu powiewowi kultury ;))) Pięknie to namalowałaś słowami, byłam tam z Tobą.

    I przypomniało mi się jeszcze, że na mnie "Envy" pachniało kremem Nivea ;))) A takie miałam wtedy zajawienie na fiołki... Fiołki fiołkowe znalazłam dopiero niedawno, w "Feerie". Taka dygresja ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Bardzo chciałam, żebyście poczuli chociaż odrobinę z tych emocji, które mną wstrząsały tam, na widowni. To było coś nie do opisania - dobrze, że mimo wszystko jakoś opisać się udało ;)

      Jej, ja też od zawsze szukam fiołków! Muszę koniecznie sprawdzić, dzięki za cynk :)

      Usuń
    2. Udało się w 100% :)))

      Testowałam już sporo zapachów reklamowanych jako fiołkowe i Feerie pozamiatało pozostałych ;))) Czyli Toujours Glamour Moschino (Nivea), Funny Moschino (bardzo fajne, ale gdzie tam fiołki?), Insolence (pudrowe), Violetta Penhaligon`s (Nivea), Violetta di Parma (Nivea), Cerruti 1881 (bardzo ładne, ale zero fiołka), Halloween J.del Pozo (ładne, choć trochę metaliczne, zero fiołka), no i niveowe Envy ;))) Może po prostu fiołek na mnie pachnie Niveą?

      Usuń
    3. Cieszę się :)

      O rany, to ja nie miałam aż tyle samozaparcia ;) Ale ja mam duży problem z zapachami w ogóle - na mnie wszystko dziwnie pachnie, tak naprawdę lubię tylko moje Gucci Envy - którego już nie produkują, a Envy me na mnie śmierdzi :( Poza tym jeszcze Emporio Armani i jakiś jeszcze jeden. I finito :/ Taki na ten przykład Chanel no5 to na mnie najpodlejsze mydło...

      Usuń
  2. hmm.., jakbyś pisała o miłości.., pięknie;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak to cudownie opisałaś, że w wyobrazni bardziej widziałem Ciebie podczas tych pięknych chwil, niż słyszałem te Boskie dzwięki... Jakieś foto z tego magicznego wieczoru? Jednocześnie należy stwierdzić, że zmiany nie zawsze są złe!

    Urzeczony Twoją wirtuozerią w opisywaniu Piękna i uniesień związanych z jego kontemplowaniem przesyłam jak zwykle :*** delikatne jak muśnięcie motyla, adekwatne do tematyki wpisu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie robiłam zdjęć, chociaż oczywiście na stronie koncertu muzycy mają swoje foty. Ja nie chciałam sama sobie przeszkadzać. Potrzebowałam po prostu chłonąć muzykę, bez dekoncentrowania się, to był zbyt ważny koncert :)

      Myślę, że każda zmiana prowadzi do czegoś dobrego, nawet jeśli w danej chwili tego nie zauważamy. No, prawie każda.

      Odwzajemniam owo muśnięcie, atłasowe jak płatek róży ;***

      Usuń
  4. Ech... jak ja dawno w filharmonii nie byłam :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesień idzie, to dobry moment, by zmienić bieg tej historii ;)

      Usuń