W piątek wybraliśmy dwie godziny urlopu, zapakowaliśmy bagaże i czteroosobową ekipą wyruszyliśmy, by po kilku godzinach powitać Szklarską Porębę. Z miejsca dostałam obłędu, bowiem przy naszej willi kwitły absolutnie fantastyczne róże ;) W drodze do Oberży u Hochoła (nie wiem, dlaczego to się pisze przez "h" :D) obłęd znacząco wzrósł, gdyż róże rosły dosłownie w każdym ogródku, a oprócz nich tysiące innych kwiatów, co w połączeniu z widokiem na góry tworzyło iście bajkowy klimat. W knajpie zamówiliśmy wuchtę jedzenia, tj. cepeliny, breję i kociołek mięsny plus dodatki, więc po uczcie dosłownie się stamtąd wytoczyliśmy, docierając do domu prosto na mecz. Te cholerne dogrywki mnie wykończą! Od dwóch tygodni się nie wyspałam! Tam było nie inaczej, dlatego następnego dnia wstawaliśmy z nieznacznym utyskiwaniem, ambitnie podejmując jednak wyzwanie dotarcia na Szrenicę i stamtąd na Śnieżne Kotły. To miejsce jest kwestią ambicjonalną, ponieważ rok temu w drodze na nie zeszłam ze szlaku ze strachu, że mnie wiatr porwie ;)
Ponieważ dawno już nie spotkały mnie anomalie pogodowe, natura postanowiła przywrócić równowagę i przy Wodospadzie Kamieńczyka piękną pogodę i słonko nagle trafił szlag. Albo inaczej - dalej było gorąco i słonecznie, ale niebo zasnuło się cieniuteńką warstewką chmur. Po chwili zaczęło kapać, co pierwotnie sklasyfikowaliśmy jako wyjątkowo duży zasięg wodospadu, jednak po kilkudziesięciu metrach trudno było dalej sobie wmawiać, iż woda przecież może lecieć do góry ;) Deszczyk towarzyszył nam do samego szczytu, przy czym w niższym partiach był bardzo przydatny; wyżej, przy wtórze wiatru, trochę już przeszkadzał. Ale zaklinanie rzeczywistości przyniosło skutek i gdy już posililiśmy się na szczycie i postanowiliśmy jednak, że w chmurach nie ma sensu iść dalej, pogoda zaczęła się poprawiać. Niestety Śnieżne Kotły nadal pozostały niezdobyte :( Mojej ekipie nie uśmiechało się schodzić, a wyciąg był czynny tylko do godz. 16, dlatego zrezygnowaliśmy z dalszej wyprawy. A szkoda, bo szczerze mówiąc czułam się nadnaturalnie znakomicie! Zero zadyszki, trochę tylko się spociłam, a że robiłam milion zdjęć, oczywiście ciągle musiałam nadrabiać - pod samym szczytem goniłam moją bandę biegiem :D Przysięgam, w życiu wcześniej nie wbiegałam na szczyt :D Zatem z ręką na sercu polecam treningi biegowe i spinning - nawet tak nieregularne jak moje działają cuda na kondycję! Oczywiście Szrenica nie jest górą wymagającą i nie wiem, jak by mi się zdobywało takie Tatry, ale kiedyś, oderwana prosto od biurka, czułam zadyszkę nawet po kilku metrach schodów, więc teraz jestem z siebie absolutnie dumna :) Zwłaszcza że na tle reszty prezentowałam się jak rasowy górołaz - Bosska i Strzelec szczerze sapali, a Nietoperz, w związku z przeziębieniem, wchodził na górę tak purpurowy na gębie, że się wystraszyliśmy, iż doznał poparzenia słonecznego :D
Zjazd wyciągiem wyglądał dość zabawnie, gdyż my z Bosską odchylałyśmy się we wszystkie strony, strzelając foty na prawo i lewo, natomiast chłopaki siedzieli na swoim krzesełku jak takie trusie, z kolankami przy sobie, z rączkami na drążku i bez cienia ruchu :D Widoki cudowne, ale sam wyciąg - hm, w porównaniu z tym, co zapamiętałam sprzed lat, był ok, lecz Bosska twierdziła, że na tle zagranicznych to złom :D Na szczęście oznajmiła mi to dopiero w trakcie, gdy już nie było odwrotu ;)
Na dole powitał nas upał, który nie zelżał aż do wieczora - prawdę mówiąc nie pamiętam tak łagodnego powietrza w górach. Piękna pogoda utrzymała się do dnia następnego, chociaż Bosska przekonywała, że wg jej telefonu szykują się tylko 24 stopnie i burza, a Strzelec twierdził, że już nawet widzi ciemne chmury. Nietoperz nie wyrażał opinii, zajęty wysmarkiwaniem się, ja natomiast przerywałam katastroficzne wizje i z uporem maniaka powtarzałam, że będzie pięknie, ciepło i słonecznie. Rzecz jasna było pięknie, ciepło i słonecznie :D Podjechaliśmy zatem do Chojnika, gdyż Bosska kusiła, że po drodze mamy zamek. Zamek, owszem, był - tylko że "po drodze" wcale nie oznaczało "przy drodze" :D Ta okazała się jednak na tyle przyjemna, że bez żalu porzuciliśmy chęci dotarcia do Świątyni Wang i spędziliśmy kilka godzin na podziwianiu cudnego górskiego lasu i jeszcze cudniejszych starych murów. Są prze-pię-kne! Jestem absolutnie zakochana i gdyby nie to, że czekała nas droga powrotna, chętnie spędzilibyśmy tam calutki dzień. Gorąco polecam :)
Ogólnie wyjazd był fantastyczny. Oczywiście ja byłam tą najbardziej nienormalną i terroryzowałam wszystkich robieniem zdjęć oraz rozkazami robienia ich mnie :D Natomiast ogólnie zgraliśmy się wyśmienicie, dzikiej radości nie było końca, zachwytami zaraziłyśmy nawet chłopaków, a w drodze widziałam tyle bocianów, że Bosska przepowiedziała mi pięcioro dzieci :D Po wiochach jechaliśmy z zimnym łokciem i muzą na całą epę, a w knajpie " U Ducha Gór" spotkaliśmy dyrygenta i skrzypaczkę z Sinfonietta Polonia, których koncert ostatnio opisywałam :D W tej karczmie w ogóle zrobiliśmy interes życia, bo spory napiwek skutkował przyniesieniem nam przez kelnerkę domowej górolskiej cytrynówecki ;) Cóż było robić...
Za góry!
Przepraszam, nie umiałam wybrać ;)